20 września 2011

O tym, jak stałem się dolnoślązakiem


Wstyd pewnie się przyznać, ale dolnoślązakiem (z urodzenia) to nie jestem. Zawsze być chciałem, to fakt, ale nie mnie dane było o tym decydować. Nic jednak straconego, jak to mawiają, dolnośląskie "obywatelstwo" można przecież zanabyć, poprzez, za przeproszeniem, osiedlenie. Ostatenicze, to prawie każdy jest tu "osiedleńcem", najwyżej dwa pokolenia wstecz. A poza tym - ponoć kwestie narodowości (albo tożsamości regionalnej, bo to poprzednie to ponoć brzydkie słowo) leżą w domenie samostanowienia jednostki (znaczy, w skrócie, powiem sobie: "jestem Arabem!" - i mówcie mi Mohamed).




Przyznam szczerze, że meldowanie jest poniekąd moim fetyszem. Mieszkając w wielu już miejscach na Dolnym Śląsku (i nie tylko) starałem się w ten czy inny sposób stać się "miejscowy". W Polsce nigdy mi się nie udało. Próba zameldowania w wynajmowanych mieszkaniach naraża bowiem na niechęć jego właściciela ("a co jak mi tu zostaniecie?") lub podjerzliwośc urzędników ("wynajem? A proszę mi tu właściciela przyprowadzić, nie wierzę..."). W Świdnicy za obce rejestracje urywali lusterka (mimo, że po roku zamieszkiwania w tym mieście czułem się zdecydowanie miejscowy). Po różnych smutnych doświadczeniach (pozdrawiam z tego miejsca serdecznie Urząd Gminy w Mieroszowie) postanowiłem: tym razem się uda. W końcu mam dom, na dolnośląskiej ziemi.

A było tak.

Z aktem notarialnym w ręku udałem się do miejscowego Urzędu Gminy. Moje - to moje. Tu mieszkam i chcę to mieć na papierze. Mój zapał został dość szybko ostudzony, bowiem okazało się, że niezbędne jest zaświadczenie, że... nie mieszkam gdzie indziej. A mianowicie, w miejscu dotychczasowego zameldowania. Już dawno podejrzewałem, że nie istnieje w tym kraju coś takiego jak centralny system ewidencji ludności. A nawet, jeśli istnieje - to nie działa. Więc mknąć trzeba w te pędy 200 kilometrów, żeby słowo stało się ciałem i fakt, że nie ma nas tam, gdzie nas nie ma, mieć na papierze. Udałem się więc i ja w tą podróż, jak się okazało, daleką i niebezpieczną. Po szczęśliwym powrocie, ze świstkiem i  aktem notarialnym w ręku, udałem się do miejscowego Urzędu, aby (jako nahalny petent) ponowić próby zamieszkania oficjalnego tam, gdzie mieszkam. 

Świat stoi na głowie, nie wszystko musi być łatwe. Otóż, drodzy panie i panowie, do meldunku niezbędna jest również książeczka wojskowa.

I to nic, że na dokumencie wymeldowania widnieje jej numer i seria, wraz z WKU, do którego ponoć należę. To nic, że pobór zlikwidowano kilka lat temu. To nic, że po studiach podobnoż zostałem przeniesiony do rezerwy z automatu. Książeczka musi być. Wojsko to wojsko, nie ma przebacz, nie ma zlituj się, zlituj się, "padnij, powstań, w błocie, w śniegu, w latrynie, w kantynie, wojsko robi z dzieci mężczyzn, bez niego przyjdzie zginąć!" (KNŻ). Jedź więc w te pędy i szukaj papieru, który ostatnio widziałeś na komisji w wieku lat 18. A jak nie, to sztraf będzie, bo wszak CIĄŻY na tobie obowiązek obrony swej ojczyzny, do pięćdziesiątego roku życia każdy mężczyzna książeczkę ów przy sobie ma nosić.

Po szczęśliwym odnalezieniu książeczki (była schowana głęboko, wraz z RUMowską książeczką zdrowia, równie chyba przydatną, jak ta wojskowa) pozostało wypełnić wnioseczki, zrobić zdjątka i... przerejestrować samochody. Bo przecież dane w dowodzie osobistym nie zgadzają się z tymi w dowodzie rejestracyjnym.

Rejestrowanie samochodów to kwestia odrębna i skomplikowana. Czasy komitetów kolejkowych w Wydziałach Komunikacji już chyba minęły, jednak Urząd dalej  potrafi zaskoczyć. Na przykład: pokazujesz pani Kartę Pojazdu. Potrzebne jest wszak jej ksero. Pani ksera sobie nie zrobi, tylko oczekuje, że petent sam ową kopię wykona i dostarczy. Odwdzięczyłem się Urzędowi, przychodząc 10 minut przed zamknięciem okienka i stanowczo rządając wymiany tablic i dowodów dwóch samochodów...

I tak, po szczęśliwym pokonaniu 539 kilometrów stałem się Dolnoślązakiem. I jestem z tego dumny, z tej, mojej, za przeproszeniem, małej ojczyzny.

PS. W Niemczech meldunek trwa 5 minut. Trzeba pokazać jakikolwiek dowód praw do zajmowanego lokalu.

PS2. Brak wpisu tematycznego (tj. poświęconego domowi) jest spowodowany nawałem obowiązków przy tymże. Jest już drenaż, jest podłoga z dech w sypialni. Jest wielka zadyma na pierwszym piętrze, bo zniknęły deski sufitu / podłogi strychu. Ale o tym będzie osobno.


PS3. Nie rozumiem dość powszechnego w internecie zwyczaju zasłaniania tablic rejestracyjnych samochodów. Jaka to tajemnica, skoro samochód przed domem stoi..?

6 komentarzy:

  1. nie wiedziałam,że od płci męskiej żądana jest książeczka wojskowa przy meldunku! ja też w starym dowodzie - książeczce miałam ma maksa zapchane rubryki z meldunkiem :), większość w obrębie Wrocławia (co kolejny akademik, to nowy meldunek...)
    Co do tablic rejestracyjnym - ja, jako szary zjadacz chleba widzę,że mieszkasz w powiecie złotoryjskim, ale to nie nowina :)))z tym zakrywaniem tablic, podejrzewam,że kryje się:
    1.obawa przed kradzieżą (dane na tablicy to tak naprawdę dane adresowe właściciela)
    2. ochrona danych osobowych właściciela.
    Przecież funkcjonuje ogólnopolska baza danych, jaką dysponuje policja,a nie masz pewności kto ogląda i w jakim celu fotki na np. portalach społecznościowych i czy nie ma znajomych w instytucji, która dysponuje taką bazą danych.
    Żeby nie było potem bojowej wymiany zdań:)):to tylko moje przemyślenia w tej kwestii :)))
    Tu na blogu, podejrzewam,że ludzie zaglądają z konkretną żądzą wiedzy (odnawianie starych domów, itp), więc obaw raczej nie powinieneś mieć:)))

    OdpowiedzUsuń
  2. Mi, jak, żyję, w Polsce nie udało się nigdy nigdzie zameldować (poza miejscem urodzenia). Próbowałem wielokrotnie (fakt, w akademiku nie mieszkałem). Tablice rejestracyjne NIE SĄ danymi osobowymi (sprawdzone). Nie mają nic wspólnego z adresem zamieszkania, nie da się ustalić nic poza powiatem. A przecież samochody stoją na parkingu, jeżdżą po ulicach, tablice są cały czas widoczne. Nie istnieje żaden sposób (legalny, dostępny dla każdego) na sprawdzenie właściciela po tablicach. To jakieś ogólne uprzedzenie chyba, zbiorowa paranoja.

    OdpowiedzUsuń
  3. Zasłanianie tablic ma sens w przypadku, gdy po ich numerze można kogoś skojarzyć, a ten ktoś tego by sobie nie życzył. Np.: gazeta pisze artykuł: "we Wrocławiu mieszka sobie morderca. Porywa dzieci do swojej czarnej wołgi w okolicy Bielan" (znany jest zwyczaj wydawania sądów przez gazety, zanim zapadnie wyrok, a ktoś jest tylko podejrzany). I zdjęcie tej jego wołgi (bo wołgę ma faktycznie), wraz z numerami. Wtedy sąsiedzi mogą stwierdzić: "o boże, to mój sąsiad!". A facet może pozwać gazetę, że zrobiła z niego mordercę. W innych przypadkach (np. aukcje allegro) zasłanianie numerów wydaje mi się zupełnie nieuzasadnione.

    OdpowiedzUsuń
  4. widzisz, ja mam takie paranoidalne może skojarzenia, bo wiem, że po tablicach stosunkowo łatwo można ustalić dane osobowe i adresowe właściciela pojazdu. Sama znam ze 2 osoby, które które mają taką możliwość. A wcale nie obracam się w kręgach złodziejskich:)
    Może skrótem pojechałam z danymi osobowymi,chodziło mi o to,że po rejestracji w tejże bazie, można ustalić dane osobowe właściciela pojazdu. Ale tak jak piszę - to są moje skojarzenia z zasłanianiem tablic.
    Mieszkałam kiedyś też na stancji - i o dziwo - właściciel mnie zameldował (potrzebowałam meldunku do rejestracji w PUP-ie), i pośrednio dzięki temu meldunkowi, poznałam ojca moich dzieci, heheh :))))

    OdpowiedzUsuń
  5. Pewnie, że są takie osoby, ale zakładam, że wykorzystują swoje uprawnienia zgodnie z prawem, tj. nie przekazują tych danych osobom trzecim. Tzn. zakładam, że żyjemy w tzw. państwie prawa :), a jeśli ktoś to robi (przekazuje innym), to jest to patologia. A zresztą: niech nawet ktoś sobie zada trud i ustali, że ta Feroza moja jest. Nie musi sprawdzać tablic, bo na drzwiach ma reklamę strony internetowej, na której jest dokładny kontakt :).

    OdpowiedzUsuń
  6. ja też tak zakładam :) ale też i staram się zrozumieć tych, co zasłaniają:)o, przypomniałam sobie,że np. na plotkarskich portalach (tak, tak, widziałam parę razy;)), gdy umieszczane jest zdjęcie osoby publicznej w aucie, przy aucie (aktor, polityk czy tzw. celebryci), to blachy zawsze są zamazane, chociaż i tak wszyscy wiedzą, jakim autem jeździ dana osoba. Podejrzewam,że właśnie z tejże ochrony danych to może wynikać.

    OdpowiedzUsuń