9 grudnia 2011

Jest zima, to musi być zimno

Pani kierowniczko, ja to wszystko rozumie, ja rozumie że wam jest zimno, ale jak jest zima to musi być zimno, tak ? Pani kierowniczko, takie jest odwieczne prawo natury! Czy ja palę ? Pani kierowniczko, ja palę przez cały czas, na okrągło!
Miś, reż. S. Bareja.

Zimy może i nie widać (również na załączonym obrazku). Zamiast niej zrobił się listopad w grudniu, czyli wiatr, czyli deszcz ze śniegiem (czasem śnieg z deszczem), czyli nasza droga rozmięknięta (nie, nie ta zrobiona przez Gminę, tylko nasza, własna, dojazdowa na parking). Skoro jest zima i musi być zimno, to cóż. Będzie o ogrzewaniu.


Założenia były takie, że palić będziemy drewnem. Pozyskiwaniem tego surowca z lasu zajmują się wszak wszyscy sąsiedzi. Drzewa do lasu się nie wozi. To znaczy, skoro jest las wokół, to palić będzie najlepiej drewnem. Tak nam się wydawało.

Nasz dom, jeszcze przez poprzednią właścicielkę został wyposażony w nową płytę kuchenną z tzw. podkową. W praktyce działa to mniej więcej na zasadzie płaszcza wodnego w nowoczesnych kominkach. Palisz w kuchni - masz ciepłe kaloryfery i bojler z ciepłą wodą.


  
Samą instalacje skutecznie zwinęła przed wyprowadzką poprzednia właścicielka (!), więc hydraulik miał sporo roboty. 

Sęk w tym, że konstrukcja pieca jest trochę mało przemyślana. Pierwsze problemy pojawiły się jeszcze latem, po próbnym rozpaleniu. W pomieszczeniu zrobiło się siwo. Dym trudno było wypędzić, a czujniki czadu się rozszalały. Komin okazał się drożny. A nawet za bardzo. Jest bowiem jednokanałowy, prawie metrowej średnicy. To za dużo. Pomogło wstawienie rury kominowej (wkładu) zmniejszającego średnicę kanału do 200 mm. Teraz pali się idealnie.

Piec posiada też część chlebową. Pomysł o tyle chybiony, że dzięki temu paląc w normalny palenisku większa część pieca pozostaje zimna (osobne palenisko). Klasyczne konstrukcje tego typu zamiast mało funkcjonalnego pieca chlebowego posiadają część wypełnioną szamotem, który przyjemnie się nagrzewa... Ponieważ nasza część chlebowanie posiada w tym momencie podłączenia do przewodu kominowego, pozostaje wiecznie nieprzyjemnie zimna.

Palić w piecu można prawie wszystkim (nie mówię o spalaniu śmieci, co zdarza się niestety czasem w okolicy). Najprościej jest palić drewnem. Tego mamy teoretycznie pod dostatkiem - w wyniku prowadzonego latem remontu starego drewna uzbierało się całkiem sporo. Problem w tym, że wartość energetyczna spróchniałych desek jest niewielka. Leża więc w stajni pocięte i poukładane i służą za podpałkę. W tym charakterze starczy ich pewnie na dwadzieścia lat.

Drewno opałowe kupiliśmy więc osobno, złamawszy podstawową (ponoć) regułę, że w danym roku kupuje się drewno na rok następny (co by miało czas wyschnąć). Rzecz w tym, że w roku ubiegłym nas jeszcze nie było w Rząśniku, a ceny drewna sezonowanego są dość wysokie. O ile w przypadku brzozy jest całkiem nieźle (od sierpnia zdążyła nieźle podeschnąć), o tyle dęba należałoby pozostawić na rok przyszły.

Drewnem pali się łatwo, ale... szybko. To znaczy - szybko go ubywa. Często do pieca trzeba dokładać, pilnować, zamykać, otwierać, czyścić, wyjmować, wkładać, dokładać. O wiele wydajniejsze wydaje się być palenie węglem (do którego, jak się wydaje, piec jest również przystosowany). Moje próby z ekogroszkiem wypadły dość pozytywnie. O ile wprzypadku pełnego pieca drewna ogień wygasa po ok. 3 godzinach, w przypadku węgla jest to czas niemal dwa razy dłuższy. 

Testowałem również inne wynalazki w postaci brykietu drewna i węgla brunatnego. Ten ostatni nadaje się właściwie jedynie jako "przetrzymanie ognia" na czas późniejszy (wrzucone wieczorem dwa - trzy brykiety palą się do rana), bo ciepła nie wytwarzają prawie żadnego.




Oczywiście, już na początku zdarzały się wpadki. Ponieważ mamy tylko dwa kaloryfery (+ ogrzewanie podłogowe w łazience i bojler), wielkość tego układu wydaje się być za mała w zestawieniu z wydajnością kotła. Szczególnie paląc węglem istnieje spore ryzyko zagotowania wody w układzie. Oczywiście, wypadek taki sktukuje wyparowaniem jej z obiegu przy naczyniu wyrównawczym i koniecznością ponownego napełaniania (na zimnym). 

Układ wyposażony jest w pompę elektryczną (działa też bez niej, ale wolniej). Po włączeniu przez pierwsze kilka godzin w układzie woda bulgocze i szaleje, słychać ją w rurach, szczególnie na pionowych odcinkach. Potem bulgotanie ustaje i obieg pracuje spokojnie. Nie wiem czym jest to spowodowane, ale stwierdziłem, że pompa może działać dla świętego spokoju cały czas (całe 10 W). 

Na górze, w części "dla gości" znajduje się piec, w którym trzeba palić oddzielnie. Na codzień jednak tego nie robimy.

Ostatnim elementem układu grzewczego domu są elektryczne piecyki (konwektorowe) w łazience i sypialni. Włączają się na dwie godziny dziennie, lecz to wystarczy, aby rano przyjemniej wstawało się z łóżka, a wieczorem nie zasypiało z parą lecąca z ust :).
 
Praktyka wygląda mniej więcej tak.
Wstaję rano. W sypialni jeszcze ciepło, bo między 6 a 7 włącza się grzejnik elektryczny. Jest więc jakieś 15 stopni. Ubieram się, rozpalam piec w kuchni. Najpierw podpałka, potem brzoza, jak pali się nieźle, to albo dąb (tak, wiem, mokry), albo węgiel. W przypadku pierwszego - za godzine - dwie trzeba dokładać. Węgla rzadziej. W sypialni robi się powoli 16 - 17 stopni. Wystarczy. Na korytarzu jest 10. Też dobrze. Wieczorem, po całym dniu palenia, temperatura wzrasta o jakieś 2 stopnie. Po siódmej włącza się znowu piecyk elektryczny. 19 stopni to już przesada. Trzeba się rozbierać. Na noc albo dokładam, albo nie. W łazience jest teoretycznie chłodniej, ale nagrzana podłoga robi swoje (świetny wynalazek, człowiek czuje się komfortowo nawet przy 12 stopniach :) ). Można włączyć elektryczne, ale właściwie po co?

Rano mamy znowu "optimum".

Do niskich temperatur, jak się okazuje, można się doskonale przystosować. Obecnie, przy odwiedzinach rodziny czy znajomych, przy 19 - 20 stopniach jest mi zdecydowanie za gorąco.


Nie możesz dogrzać - to oszczędzaj ciepło. Z takiego założenia wychodząc przygotowałem więc stanowisko jak na obrazku powyżej i szykuję się do uszycia i powieszenia w miejscach newralgicznych ciepłych zasłon. Zasłony te zawisną np. między korytarzem a wejściem do stajni (która, jakby nie było, nie jest ogrzewana) i nad schodami na piętro. Z urządzeniem na zdjęciu nigdy nie udało mi się na dobre zaprzyjaźnić. Mistrzem szycia ręcznego też nigdy nie byłem (zdaje się, że ostatni raz igłę z nicią miałem w ręku w szkole podstawowej), ale wszak w starych, wiejskich domach nie wszystko musi być równe i doskonałe...



Docelowo w miejscu obecnej spiżarni zostanie postawiony piec z podajnikiem (dzięki temu pomieszczenie to awansuje i zyska miano kotłowni). 

Póki co system ogrzewania się sprawdza. Wymaga odpowiedniej dyscypliny i pewnych wyrzeczeń (kto powiedział, że na korytarzu musi być 21 stopni? Wystarczy 12...). Testem będzie prawdziwa zima (póki co w nocy temperatura spada do -7 stopni, zobaczymy, jak będzie przy -30). Ale tej jakoś nie widać...


7 komentarzy:

  1. Przemku ja tez jestem u siebie starszym piecowym, lubię palić w piecu, i podobnie jak ty palimy drzewem dorzucając od czasu do czasu łopatkę węgla. By ogrzewamy praktycznie cały dom, ale rano temp. wynosi wszędzie około 17 stopni, wieczorem koło 19. Ja rozpalam po południu, bo rano jest jeszcze ciepło. Palimy dębem , tez mokrym bo przywiezionym z lasu 2 tygodnie temu ale pali się świetnie, nie odczuwam jego wilgotności.
    Zimy nie lubię ale nie mam wpływu na jej przyjście :)
    Przemek podsyłam stronkę stworzona z widokówek mojego męża, jest tam też mapka wojen napoleońskich

    http://www.gminnafotografia.blo.pl/

    Pozdrawiamy cieplutko.... u nas dzis spadł pierwszy snieżek....

    OdpowiedzUsuń
  2. Nasz znajomy, który posiada dom podobny do Twojego na początku też miał piec kuchenny z dwoma grzejnikami i bojlerem na podkowę. Nie działało to za dobrze. Pomogło zainstalowanie zaworu na bojlerze - zamykał go kiedy woda się ogrzała (termometr na zbiorniku)i już ciepło podkowy szło wyłącznie na grzejniki.Sytuacja zmieniła się diametralnie po wybudowaniu kominka z wkładem żeliwnym i rozprowadzeniu ogranego powietrza rurami spiro na dole oraz do pomieszczenia na górze. Do kominka wrzuca się duuuże kawały drzewa, które palą się dłużej niż polana w piecu; no i ogień widać :))
    Trzymajcie się ciepło!!
    Mirek

    OdpowiedzUsuń
  3. Może to kwestia podkowy. Nasza jest superwydajna. O kominku żeliwnym (a właściwie starej, żeliwnej kozie) też myślimy, ale w sypialni. Zastępczo dla grzejnika elektrycznego.

    OdpowiedzUsuń
  4. Teraz widzę, jakie ze mnie rozwydrzone babsko. Przy 19 stopniach to ja zaczynam się ubierać na cebulkę. Kiedy jest mniej, panikuję i zamykam się w sypialni z trzema psami, żeby mnie grzały. Kiedyś zainwestowaliśmy w bardzo fajny piec na gaz drzewny. Wykorzystuje energię drewna niemal w stu procentach. Nie ma w nim możliwości palić niczym innym, jak tylko drzewem i dobrze. Czuję się bezpiecznie, bo się nie zaczadzę i nie ma pokusy wrzucania śmieci do pieca.

    OdpowiedzUsuń
  5. my mamy małą kozę w pokoiku na górze - paliliśmy w niej drewnem, cieplutko, ale co chwilę trzeba podkładać.
    Mój ojciec zainwestował w piec na ekogroszek czy jakiś podobny wydajny opał,ma wieeelki dom do ogrzania (CO). Jest zadowolony - mówi,że raz na dłuugi czas podłoży tym wydajnym opałem i nie musi latać co chwilę do kotłowni.
    A u nas piec jest w kuchni i w sieni też (wraz z wędzarnią), jeszcze zastanawiamy się jak rozwiązać kwestię ogrzewania...

    OdpowiedzUsuń
  6. czy dobrze pamiętam? piec w kuchni zastaliście cały w fiolecie? to ten na zdjęciu?

    OdpowiedzUsuń
  7. Tamten fioletowy był na górze. Był, bo teraz jest koloru oryginalnego (powiedzmy, piaskowego, choć niektórym inaczej się kojarzy). Trzyma ciepło doskonale, choć zdun kunsztem to się tu nie popisał... ale był to już zdun współczesny (myślę, że nie dawniej, niż 20 lat temu). A że zawód na wymarciu...

    OdpowiedzUsuń