19 grudnia 2011

Myślibórz w grudniu (albo listopadzie)

Pojechałem w sobotę do Myśliborza. Tego koło Jawora, w Parku Krajobrazowym Chełmy.

Jestem za wcześnie (jak zwykle, bo lepiej za wcześnie, niż za późno), idę zobaczyć wieś. Stan permanentnego posezonu. Tu w letnie weekendy tłumy z Jawora i Legnicy przyjeżdżają, żeby robić swoje pikniki obok samochodów. Zajeżdżają wtedy na parking na łące, przed wąwozem. Ale tam tłum już jest, więc te masy samochodów zajeżdżają tak tą łąkę coraz dalej i dalej, kiedyś pewnie szczytu wzgórza sięgną, jakoś to wpełza na stok i się rozłazi. Niektórzy idą do wąwozu, ale inni siedzą obok tych samochodów z dziećmi, na tej zapełzniętej samochodami łące. W niedzielę. Czasem któryś ruszy i pojedzie, ale na jego miejsce jest już następny. Tak pełzają te samochody po łące, całą niedzielę, między sobą, między piknikami, powoli, żeby nie urwać zawieszenia. Z góry można popatrzeć. Pod wieczór już mniej.



Ale teraz nie ma nikogo, bo jest grudzień (albo listopad, nie wiem), wieje i zimno. Zmokłe wszystko, szare i buro-niebieskie, sine jakieś takie, w tym świetle kończącego się najkrótszego dnia w roku.

Zastawione zazwyczaj pobocza nad Jawornikiem dzisiaj puste. Są zakazy zatrzymywania, ale praktyka wskazuje, że i tak wszyscy parkują. Jak już z tej łąki wypełzną. Więc też postawiłem samochód na zakazie i idę.

Ale teraz nie ma nikogo, psy szczekają, a czasem i gonią kilka kroków, te bardziej zajadłe, dolnośląskie potworki na krzywych nóżkach, już - już łapią za nogawkę. Odwracam się, to uciekną. A inne są za płotami z drutu, z siatki, przez dziurę szczerzą zęby. Albo na krótkich łańcuchach, na tych wydeptanych przez kury podwórkach. Idziesz przez wieś, a psi odgłos przemieszcza się wraz z tobą, niesie się donośnie. Jeden kończy, drugi zaczyna, jak fala, idziesz tak w jej towarzystwie. Jak idziesz w lewo, to psi odgłos też, jak w prawo, on za tobą. Ktoś drzewo tnie na podwórku, piła wysokim dźwiękiem wyje, jęczy właściwie. Bzzt - i chwila przerwy, gdy obraca się na jałowym biegu. Bzzzzzzt. Za chwilę znowu. Bzzzzt... Taki odgłos soboty. Ale wieje i pada, śnieg z deszczem wali, albo deszcz ze śniegiem, a miejscami to już tylko śnieg ze śniegiem, ale mokry, obklejający.. Że im się chce, w to podłe, ciemne, grudniowe popołudnie. Albo listopadowe. Zawijam się w kurtkę bardziej, stawiam kołnierz, ale to i tak nic nie da. Stodoła, dawny folwark. Łupek na dachu się sypie, więc uzupełniono eternitem. I ktoś kawałek blachy przyczepił na to. Budynki ponoć na sprzedaż. Tynk odłazi. I w tej stodole plastikowe okna wstawili. Rozkopane pobocze. Kabel ktoś zaczął wkopywać, ale nie skończył. Wystaje teraz z ziemi, z błota, rozjeżdżonego gąsienicami koparki. Byle do wiosny.

Na ulicy nikogo. To znaczy ludzie gdzieś są, bo przecież piłę słychać. Ale nie widać. Wieje i pada. Tu jest trochę jak w Zittau. Kiedyś byłem w Zittau. Zittau jest na końcu świata. Wylądowałem tam w zimne, sylwestrowe popołudnie, na dworcu, który akurat zamknęli. Jakoś koło 17. Dwie godziny do pociągu. Na ulicach nikogo. Wszystko zamknięte, wiatr i śnieg i gazety latają tylko. Trwają przygotowania do imprez sylwestrowych, bo coś gdzieś tam niby przemyka. Czasem petarda strzeli. Ale nikogo nie ma. Niby otwarte, ale zamknięte. Gdzieś tam, za szybami zaparowanymi, w cieple. życie jakieś jest. Ale niedostępne. Tam wstępu teraz nie ma. Takie niby - za pięć dwunasta, ale wiesz, że o dwunastej nic się nie wydarzy.

Tak tu teraz jest w tym Myśliborzu, jak w Zittau, jak w jakimś spagetti-westernie Sergio Leone, gdzie tylko wiatr przepędza krzaczaste kule. Tyle, że zimniej.


Zmarzłem okrutnie, chcę do sklepu wiejskiego, wchodzę, ale tam tylko jakaś sala bilardowa, też w stanie permanentnego remontu i posezonu. Sklep w stylu "kiedyś coś tu było", jak inne domy w okolicy. Czy to sklep, czy klub, czy świetlica wiejska. Ciemno, siwo od dymu, telewizor w kącie ryczy, jakiś typ jeden na niego patrzy. Sklepu nie ma, mówi. Przecież widać, że nie ma, nie?


Idę więc dalej mokrą drogą. Na przystanku nikogo (a co to za przystanek właściwie). Reklama kredytów tylko, ale nawet ona kiedyś była, teraz nie ma, tylko postrzępiony papier i taśma klejąca. Nie ma co, nic tu dzisiaj więcej nie znajdę. Trzeba wracać.


PS. Później spadł śnieg i było ładnie.

5 komentarzy:

  1. fajna relacja:)
    nie znoszę tych szczekliwych sarenek - małe a zajadłe ;] krzaczaste kule turlane przez wiatr - mmm, widzę je :)
    taka przejściowa aura jest najgorsza - nie ma zieleni, śniegu też nie, świat jest wtedy brzydki i zły...najbardziej to widać w takich miejscowościach...

    OdpowiedzUsuń
  2. Ps. Słówkiem sponsorującym dzisiejszy wpis było "nikogo".

    OdpowiedzUsuń
  3. świetny z ciebie reporter.... masz cięte pióro... podoba mi się twoja relacja...
    proszę o więcej :)

    OdpowiedzUsuń
  4. felieton taki. tytuł: peryferie unii. Psy owakie zwę krótkonogami, najbardziej zajadły jest krótkonóg suwalski.

    OdpowiedzUsuń
  5. Miałam okazję brać udział w wykopaliskach archeo koło Organów Myśliborskich. Widzę,że w tej miejscowości panuje taka sama degrengolada,jak na początku lat 90-tych :-( Nie wiem, czy to wina pory roku, czy tam się po prostu zatrzymał czas. Latem było równie mało uroczo. Za to sam wąwóz- bajka.

    OdpowiedzUsuń