9 stycznia 2012

Klub

W Rząśniku mamy dwa sklepy. Pierwszy z nich to udawane ABC. Udawane, bo sklepy tej sieci przyzwyczaiły mnie do dość dobrego zaopatrzenia. Ten rząśnicki jest inny. Wygląda na to, że do starego, dobrego (?) GSu ktoś przyczepił po prostu nowy szyld. Taki to nasz rząśnicki, nie do końca udany rebrandering. Ale świat idzie naprzód, może i tu coś się zmieni.

Drugim miejscem, w którym można zrobić ewentualne zakupy, jest tak zwany Klub. Jak sama nazwa wskazuje, jest miejscem spotkań. Bo i przed rokiem 1945 działała tu gospoda.



Wg SJP Klub to (m.in): «organizacja skupiająca ludzi określonego środowiska, zawodu lub o określonych zainteresowaniach»(..) oraz  «lokal rozrywkowy». Obie definicje pasują doskonale. Rząśnicki Klub to chyba relikt PGRowskiej klubokawiarni, składa się z wielu, niezależnie działających części. Może wręcz wydziałów. Jest więc sala klubowa. To dawna świetlica wiejska, jest tu coś w rodzaju baru. Są napoje i papierosy. Chyba nawet zjeść coś można. To miejsce spotkań i plotek. Gra telewizor. Wystrój trochę z czasów Gierka. Bywalcy są stali. O określonych zainteresowaniach. Czynne do ostatniego gościa. Przed Klubem działa ogródek piwny. Albo winny... 

Jeśli czyjeś potrzeby wykraczają poza te podstawowe, może zrobić zakupy w drugim pomieszczeniu, które pełni rolę sklepu. Wchodząc z innej strony znajdziemy się w Bibliotece (do dziś nie wiem, w jakich działa godzinach). Jeszcze jedno skrzydło budynku pełni funkcję sali wiejskiej, choć ta też najczęściej jest zamknięta. Nigdy jeszcze tam nie byłem.

Największą popularnością cieszy się bez wątpienia pierwsza sala. Zdjęcie pasujące doskonale do tematu znaleźć można choćby tu. Według mieszkańców, pod Klubem znajduje się tunel, sięgający do Berkowa (dawny Berghof), do Wlenia, a może i dalej. 

Kiedyś, idąc przez Rząśnik z ponad 30 kg plecakiem, zaszedłem do Klubu i kupiłem sobie, na wieczór, dwa piwa “lwóweckie”. Nie śniło mi się wtedy nawet, że kiedyś w tej okolicy zamieszkam. Nie wiem też, dlaczego katowałem się takim bagażem na plecach (dziś spałowałbym się pewnie do plecaka trzy razy mniejszego). W każdym razie piwo lwóweckie uchodziło jeszcze wtedy za dość podły napój. Picie piwa z lokalnych browarów było powszechnie brane raczej za domenę miejscowych pijaczków, nie było “cool” ani “trendy”. W Klubie dołożyłem więc kolejny kilogram do plecaka (z kaucyjnymi butelkami licząc pewnie więcej) i poszedłem dalej, przez Sądrecko. Tam leżałem na łące, żeby przeczekać upał. Po całodziennym marszu przy okrutnie letniej temperaturze dotarłem wieczorem na Ostrzycę. Ostatnie kilkaset metrów było istną męczarnią. Na górze z ulgą zrzuciłem plecak. Stłumiony przez śpiwór dźwięk tłuczonego szkła dał mi do zrozumienia, że dziś wieczorem lwóweckiego piwa z Klubu się nie napiję...

To ten nieszczęsny plecak. Zdjęcie zrobiłem gdzieś między Rząśnikiem a Proboszczowem, starym, dobrym Zenitem E (wersja olimpijska).
W historii “klubu” były jednak i ciemne karty. Po drugiej wojnie światowej w miejscu tym zainstalował sie  oddział milicji (później milicjanci stacjonowali jeszcze w dwóch innych domach). Społeczeństwo niemieckie zamieszkiwało wieś mniej więcej do roku 1946 (chociaż ostatni wyjechali pod koniec lat 50.). Nie cieszyło się sympatią miejscowej władzy, czego dowodem jest poniższa relacja. 

Uwaga, opis jest drastyczny. 
9 marca 1946 pojawił się polski milicjant: “pewien Niemiec mówi: masz radio”. Ja: “Niemiec kłamie”. Kopniak w brzuch; odjazd do Rząśnika, siedziby “komendantów”. Tam wielogodzinne przesłuchanie, czy wiem coś o schowanych rzeczach. Otrzymałem cios pięścią w twarz, w zęby i kopniak w podbrzusze. Potem izolatka [w dziurze], w której można tylko stać albo siedzieć, do niedzieli rano. W niedzielę praca w ogrodzie "komendantów", wraz z 15 innymi więźniami. O 10 znowu przesłuchanie, zostałem rozebrany i nago przełożony przez krzesło, otrzymałem ok. 70 uderzeń gumowym biczem [pałką], gdy się [poderwałem] otrzymałem ciosy w twarz i w nagie podbrzusze. Błagałem dwa razy o trochę wody. Na koniec “chłosta” i znowu pytanie: “wiecie teraz coś o schowanych rzeczach? Nie?” Musiałem się teraz położyć na ziemi na brzuchu ze stopami skierowanymi do góry. Młotkiem oprawca uderzał w palce u nóg , aż się [nic z nich nie zostało]. Następnie kolejna noc w piwnicy w wielkim chłodzie, na zewnątrz leżał śnieg. W poniedziałek rano [kazano] iść pracować na Leśniak i Okole. Moi koledzy musieli mnie prowadzić. Miałem tam targać 7-10 metrowe drzewa. Tego po prostu robić nie byłem w stanie, więc żołnierz pobił mnie kolbą karabinu, otrzymałem ok. 70 ciosów. Pomyślałem: oto przyszedł koniec mojego życia. Dwóch ludzi zabrało mnie na taczce spowrotem do piwnicy. We wtorek, środę, czwartek i piątek musiałem pracować w ogrodzie. Wieczorem o 21.30 znowu przesłuchanie w kuchni (pomieszczeniu służbowym komendantów). “Teraz możecie iść do domu, ale zameldujecie się tu znowu jutro o 9 rano, do tego czasu może odświeży się wam pamięć”.
Kaps J., Die Tragödie Schlesiens 1945/1946, München 1952/3, S. 452
Tłumaczenie własne

Następnego dnia, zgodnie z dalszą relacją, nasz bohater przyniósł milicjantom schowany gdzieś odkurzacz elektryczny, co ich zadowoliło. Odpuścili. Bardzo długo dochodził do zdrowia. Na drastyczne opisy scen z tego miejsca natknąłem się również w innych relacjach, więc nie był to odosobniony przypadek. Ale ten chyba wystarczy. Komendant MO z Rząśnika zginął kilka lat później zastrzelony "w obronie ładu i porządku", o czym informowała jeszcze nie tak dawno tablica na jednym z budynków w Rząśniku. Oczywiście, nie wiemy, czy to ta sama osoba, która przesłuchiwała kilka lat wcześniej w Klubie. Niektórzy jego śmierć wiążą z historią Czarnego Janka.


Nie sądzę, aby dziś w Klubie ktoś chciał wracać do tych wydarzeń.

PS. Wszelkie komentarze typu “zaczęli wojnę, to dobrze im tak”, których sporo w różnych internetowych dyskusjach, będą usuwane.

7 komentarzy:

  1. witam, zdaje się, że drzewa przed tym sklepem "zrewitalizowano" zbyt dokładnie.
    kiedyś jechałam na Orzechowice rowerem, przy ostatniej chałupie stojącej przy drodze zwątpiłam i zawróciłam,więc do sąsiedzkiej wizyty nie doszło. ale jak mówią, co się odwlecze... pozdrawiam
    maria z B.

    OdpowiedzUsuń
  2. Wspomniany Klub znajduje się w Rząśniku. Na dole, we wsi. U nas, na górze, też była gospoda ("Gasthof Raschke") i rzeczywiście jest to jeden z ostatnich domów. Były tam dorodne lipy, ale właściciel ściął je kilka lat temu.

    OdpowiedzUsuń
  3. Przemku ja w tym klubie pytałam o Orzechowice, kiedy wracając z Ostrzycy chcieliśmy zajechać do ciebie, miejscowi z kolejki po piwo nie wiedzieli o co pytam , ale jakiś starszy facet jak zapytałam o kolonię i o "kogoś młodego , który tam kupił dom do remontu" od razu wskazał drogę....mówiąc ...ja ich podziwiam że odważyli sie na ten zakup....
    tak więc po sfotografowaniu ruin pałacu, tablicy pewnie z dawnego pomnika cofnęliśmy się na drogę.... no a resztę znasz.....
    pozdrawiamy z L.

    OdpowiedzUsuń
  4. Bo nazwa "Orzechowice" funkcjonuje tylko na mapach. Mówi się "na kolonii". Gdzieś kiedyś o tym pisałem. Klub, jak widać, pełni również rolę informacyjną. I chwała mu za to.

    OdpowiedzUsuń
  5. czarnyroman@hotmail.com5 lutego 2012 13:28

    Witaj sąsiedzie! W Bełczynie i w Bystrzycy Górnej mieszkają też odważni "odmieńcy". Bywam w klubie na kawie, raz na dwa lata - zamawiam dużą kawę, zaznaczam, że trzy łyżeczki,dostaję szklankę kawy z meniskiem wypukłym. Nie sposób posłodzić ani przenieść. To i tak dobrze, bo kiedyś na dworcu w Działdowie dużą kawe dostałem w dużym kuflu do piwa z jedną łyżeczką kawy (1976).
    Zapraszam na kawę w dowolnej konfiguracji.
    Pozdrawiam, Roman Wysocki.

    OdpowiedzUsuń
  6. Klub, nazwa pozostała po dawnej Klubo-Kawiarni "Ruchu" ;) do pegerowskiej raczej nikt by nie chodził ;)

    OdpowiedzUsuń