11 lutego 2012

Mamy grzejniki. Więc idzie wiosna

Niesamowite, jak niewiele może zrobić tak niewielu, aby uzyskać tak wiele.
Ja, o dokładaniu grzejników


Proszę Państwa, mamy ciepło.



Zacząć wypadało oczywiście od zasiania chaosu. Ponieważ w tej dziedzinie mam spore doświadczenie poparte długą praktyką, szybko udało się nabrudzić, nanieść błota, pyłu ceglanego, a przy okazji wywiercić dziurę w ścianie na rury. Zabawką do tego przydatną okazało się wiertło do wiercenia puszek. Ot - akurat - taka dziurka, żeby dwie rury 18 mm puścić, a jeszcze miejsce dla myszy zostało.


Wieszanie grzejników było większą przygodą niż bym się spodziewał. Okazało się bowiem, że mur pod oknami jest na tyle niestabilny, że wiercenie i wbijanie weń kołków rozporowych powoduje spore pęknięcia, sięgające od podłogi aż po parapet (którego nie ma). Potrzeba matką wynalazków. Grzejniki wiszą więc na drewnianych listwach. Wygląda to może nie-aż-tak-targicznie. Listwy pomaluje się na kontrastowy kolor i nie będzie tak źle (nie pytajcie mnie, jak ma się to do historycznego wystroju wnętrz, ale grzejniki same w sobie mają się podobnie). Groza opadnie tego, kto będzie zmuszony kiedyś odrywać te listwy od ściany (mam nadzieję, że nie będę to ja). Przymocowane sa bowiem niezliczoną ilością tzw. kołków szybkiego montażu, które po pierwszych doświadczeniach ochrzciłem szybko kołkami powolnego demontażu (takie bowiem to były doświadczenia). Najważniejsze, że kaloryfery wiszą stabilnie.


Dziś rano przyszedł zatem sąsiad sąsiada i rozpoczęło się wielkie lutowanie. Zwierzęta przyglądały się temu bez entuzjazmu. Kota nie mogła się spodziewać, że przybędą jej dwa dodatkowe miejsca do spania, więc łypała spod stołu złym wzrokiem.


Ponieważ robota wymagała spuszczenia całej wody z instalacji (a zatem i wygaszenia pieca), pomyślałem, że to dobry moment, aby oczyścić komin. W sklepie metalowym na rynku w Świerzawie zaopatrzyłem się zatem w wycior (polecam sklep, ten człowiek w nadzwyczajny sposób ma zawsze wszystko, o cokolwiek poproszę) i przystąpiłem do dzieła zniszczenia. Takim bowiem akcja się częściowo okazała; poza tym, że z wkładu kominowego uzyskałem wiadro sadzy (warstwa ok. 1,5 cm), udało mi się wysunąć najwyższą część wkładu, wystającą na dach w ten sposób, że jest luźna. Ciąg się nieco zmniejszył, ale cóż robić. Bez wchodzenia na dach po drabinie (której i tak nie mam) nie ma możliwości osadzenia rury spowrotem. 

Następnym razem będę bardziej uważny bawiąc się w kominiarza (a przy okazji, przebiorę się, bo jak się okazało, to faktycznie dość brudna robota).


Inauguracja instalacji przebiegła pomyślnie: po wodowaniu okazało się, że nigdzie nie cieknie. Pozostało podpalić... i o godzinie 18 temperatura przekroczyła magiczną granicę 16 stopni i nadal rośnie, mimo, że na zewnątrz spory mróz (-18).

Siedząc w ciepłym pokoju naszła mnie jeszcze ochota sprawdzenia prognozy pogody. W końcu grzejniki zakładałem z myślą, że mróz potrzyma jeszcze z trzy tygodnie. Nie trudno się domyślić (znając złośliwość rzeczy martwych, choć pewien nie jestem, czy pogoda jest taką rzeczą) okazało się, że w przyszłym tygodniu idzie odwilż. I to taka prawdziwa.

Mogłem grzejniki założyć dwa tygodnie temu. Zapewne cieszylibyśmy się wszyscy ciepłą pogodą już od dawna.

3 komentarze:

  1. złośliwość przyrody z tą odwilżą :)
    czyli pierwsze koty za płoty -poradziliście sobie z zimą :))

    p.s. motto niczym jednej z bohaterek Janoscha ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Cieszymy się Waszym szczęściem.
    Szkoda, że tak długo czekałeś z tą odwilżą :)

    P.S. Napisz na priv, jak długiej potrzebujesz tej dabiny. Może coś wymyślimy.
    Pozdr.
    Sąsiad

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. OK, ale nie znam "priva". Mój znasz - jest w "kontakt".

      Usuń