1 marca 2012

Gdzie ta Polska?

Czym jest Dolny Śląsk dzisiaj? Ile go dostrzegliśmy, ile z niego zrozumieliśmy, ile zaprzepaściliśmy, jak on przekształcił i jeszcze przekształci nas? Czym jest ta ziemia, która stale mówi do nas językiem krajobrazu, architektury, starych inskrypcji i zapomnianych w bibliotekach książek?
Dolny Śląsk. Ziemia spotkania. Zawada A., 2002.

Trochę będzie nie na temat, ale wdałem się w interesującą dyskusję z Sąsiadem z dalszej okolicy. Dyskusja w zasadzie dotyczyła warsiawki, poznańskości, tzw. kongresówy i różnych ich społecznych aspektów.  Warsiawka to, wiadomo, krawaciarze. Poznaniaki to pyry i sknery. Czego by nie mówić, oni nie mają problemów samoidentyfikacji. A kim my jesteśmy?

Pytania jak w nagłówku stawia A. Zawada już na okładce swojej książki, a w jej treści stara się odpowiedzieć. Ale ja w niej swoich odpowiedzi nie znalazłem (niemniej polecam).

Urodziłem się i wychowałem w miejscu, które dla moich dziadków było miejscem zupełnie obcym. A dla mnie jest najbardziej swojskim, jakie być tylko może. Tu czuję sie jak w domu; wśród domów z cegły i muru pruskiego, niemieckich cmentarzy, zmienionych nazw i zamazanych napisów; podwójnej historii. Tak sobie to na własny użytek nazywam. Nie czuję wschodnich klimatów; czuję się obco wśród krajobrazów Polski wschodniej. Nie ruszają mnie tradycje powstańcze, żołnierze wyklęci. Nie lubię ludowszczyzny. Bardziej interesuje mnie to, pisał Peuckert niż Kolberg.

Gdzie są moje korzenie? Gdzieś na Ukrainie i Białorusi. I co z tego? Oni tu przybyli, bo tam nie było do czego wracać. Tak wyszło. Po wojnie w starej Polsce nie został właściwie nikt; wszyscy trafili gdzieś na Ziemie Odzyskane. Rozrzuceni o setki kilometrów od siebie. Do rodziny nie wybierało się nigdy ani dwa domy dalej, ani dwie ulice. Nawet nie dwie miejscowości. Jechało się i dwieście i trzysta kilometrów. Trafili na obcą ziemię. Nawet towarzysz Bierut wiedział, że wrocławskie kamienie wcale nie mówią po polsku, a piastowskie historie są już mocno zakurzone.

W ceremonii otwarcia [Wystawy Ziem Odzyskanych we Wrocławiu -PJ], 21 lipca [1946-PJ], wziął udział Bierut (...). Ledwie uniknięto kompromitacji, gdyż malowidło, które pod napisem "Prawowity właściciel powraca na swoją ziemię" miało ukazywać polskiego chłopa, zostało uszkodzone i spod zdartej warstwy farby wyłoniła się sylwetka niemieckiego żołnierza w hełmie.
Davis N., Moorhouse R., Mikrokosmos

Gdzie się więc dało, niemiecki kurz z pradawnych piastowskich historii tej ziem zdmuchnięto. Czasem go  tylko zamalowano nową farbą. A czasem się nie dało.

Pałace, w których trzymano krowy, Niemcy w roku 1946 pędzeni wiejską drogą w białych opaskach do pracy w lesie. Szaber i rabunek na ogromną skalę. A na cmentarzach niemieckie nazwiska. Polskę, to trzeba tu było dopiero zrobić

Zacytujmy klasyka (który wypłynął na światło dzienne dzięki publikacjom P. Wiatera).

Skończyć z Rübezahlem! Musimy równie ostro wystąpić przeciw 'uświęconemu' przez nadwornego tych okolic grafomana kultu niejakiego Rübezahla, co po polsku wypada dosłownie: Liczyrzepa. Z dziwnym uporem robi się z tego dziada z długą po kostki brodą, na golasa wałęsającego się po górach i w gruncie rzeczy złośliwego, tępego tworu niemieckiej fantazji literackiej - coś w rodzaju naszego Janosika lub wschodnio - karpackiego Dobosza. Na okładkach wydawnictw regionalnych, pocztówkach, wywieszkach reklamowych, szyldach sklepów i, pożal się Boże, "pamiątkach turystycznych" dziadyga ten z potworną maczugą w łapie ma symbolizować sympatycznego i... na dobitek słowiańskiego ducha Karkonoszy. Skąd u diabła ubrdało się komuś , że to ma jakiś sens w ogóle, a propagandowy w szczególności? A niechże ktoś wyrwie tę maczugę i dopóty po łbach tłucze, aż zatłucze na amen regionalne dziwowisko. W muzeum w Szklarskiej Porębie Środkowej pokazują te historie na kilkunastu "landszaftach". Narracyjna podkładka ma je zwiedzającym Polakom przybliżyć w odczuwaniu typowo... niemieckiej kultury. Nam się natomiast wydaje najwłaściwsze - spalić te bohomazy, spalić i inne jeszcze obrazy, ozdóbki na budynku, płaskorzeźby i wszystko, co trzeba, aby je więcej oko jako tako kulturalnego turysty nie zobaczyło. 
Izbicki R., "W górach i chmurach", "Głos Ludu", 21.05.1947 r.

Tak się Polskę robiło. I jak, wyszło? Przechodząc obok ruin pałacu w Rząśniku powiem: oczywiście! Sagenhalle w Szklarskiej Porębie też udało się pozbyć.

A dziś już nikt nie utwierdza nas w odwiecznej polskości tych ziem. Prawie, bo czasem zdarzy się jeszcze (także wśród przewodników i historyków!) opowiastkach o Ziemiach Odzyskanych. Nikt nie przekonuje mnie, że oto mieszkam w domu, który należy mi się za sprawą sprawiedliwości dziejowej. Dziś wiemy, że ktoś tu przyszedł, wziął dotychczasowego właściciela za fraki i wywalił, pozwalając spakowac walizkę. Albo i nie. I mówi się o tym otwarcie, choć niektórzy nie chcą ciągle wierzyć. Co ciekawe, często ci, którzy to robili.

Mieszkam na Dolnym Śląsku. Kim jestem? Polakiem? Wychowanym wśród tych niemieckojęzycznych kamieni? Do Berlina, Pragi i Wiednia mam bliżej, niż do Warszawy.  I dużo częściej tam bywam. Europejczykiem? Europejskość do mnie nie przemawia. Wydaje mi się być naciąganym chwytem marketingowym. A może Ślązakiem? Przecież na Śląsku mieszkam. O śląskości Dolnego Śląska był już odrębny wpis; ta teoria też jest jeszcze bardziej naciągana, niż z europejczykami. Mieszkałem trochę w Niemczech. Mam tam  znajomych. Niemieckiego radia słucham. Czytam DW i FAZ. To kim ja jestem? No przecież nie Niemcem, bo moim Muttersprache jest polski, a niemieckiego się w Dreźnie na ulicy uczyłem.

Więc posłuchuję sobie polskich pieśni patriotycznych na zmianę z niemieckimi marszami wojskowymi i piszę ten tekst. Leci disco polo (a to Polska właśnie!) i Rammstein. Strachy na Lachy i Herbert Grönemeyer.  Chopin i Wagner. Wolfsheim, Kazik, Crematory, Lacrimosa i niemieckie disco z lat 90. Eins, Zwei, Polizei...

No dobra. To gdzie ta prawdziwa Polska w takim razie? Bo przecież nie tu. Warszawa to Polska może? Mazowsze? W Poznaniu twierdzą inaczej, że to u nich się zaczęło. Mieszki, Chrobre, Gniezna. Ale Poznań to przecież były zabór pruski! Giermańce. Wielu uważa, że jest nim do dzisiaj. To może Warmia, Mazury? Jasne, Kopernik była Polakiem. A może prawdziwa Polska to dawne Kresy? Litwo, Ojczyzno moja! Więc na Litwie, Białorusi, Ukrainie jest ta Polska? 

Polska tam jest, gdzie Naród Polski. Fajna teoria, stworzona na potrzeby zaborów, ale znowu coś się tu kupy nie trzyma. Choćby dlatego, że nie ma jasnej definicji narodu. Bo członkiem społeczności narodu trzeba się poczuwać. Czym dzisiaj jest ten naród? Do czego mam się poczuwać? Bo słowo kojarzy mi się z chłopakami, co pięć piw zamawiają, dziwnymi ludźmi, co bronią krzyża i martyrologii, męczą mnie, rozpamiętują w kółko klęski powstańcze, mielą te flagi, tupolewy. Polska tam, gdzie Naród Polski, z antysemityzmem, megalomanią i obłudą pseudokatolicką. Gdzieś tam daleko, w miejscu, które w ogóle mnie dotyczy rozpamiętują w kółko sprawy, które mnie nie obchodzą.

Więc u mnie w domu tej Polski nie ma.

Zdaję sobię sprawę, że problem samoidentyfikacji to sprawa osobista. I większość mieszkańców regionu wcale go nie posiada. Ale sporo jest też tych, którzy pytają: kim ja właściwie jestem? I będzie ich coraz więcej.

PS. Dla niektórych wszystko jest czarnobiałe, więc nie mieliby pewnie problemów z określeniem mojej tożsamości.


Literatura
Davies N., Moorhouse R., Mikrokosmos. Portet miasta środkowoeuropejskiego. Znak, Kraków, 2002.
Zawada A., Dolny Śląsk. Ziemia spotkania, Wrocław, 2002.


13 komentarzy:

  1. drążysz... wg tzw. "świadomych" mieszkańców Śląska jestem Ślązaczką jak oni, i w dodatku mieszkam w "stolicy". Wg "suwalaków" mieszkam ma "zachodzie". Z pochodzenia jestem w 3/4 Wielkopolanką. A określam siebie jako Dolnoślązaczkę, i nigdy nie pomyślę inaczej. Jestem z pierwszego pokolenia urodzonego na "Ziemiach Odzyskanych". Nie mam twojej historycznej wiedzy, ale przeżyłam wszystko, o czym piszesz- "witajcie w piastowskim Wrocławiu", ambiwalencję z powodu uczucia przynależności do miejsc, które były "gorsze", "nie opłacało się" ich naprawiać, zamieszkane "tymczasowo" i "nie nasze, poniemieckie". Równanie fadromą cmentarzy i zamienianie ich w parki. Krowy w przypałacowym parku i eksploatowanie, póki się da, a później to już nic się nie da. Zdziwienie nad empatią dla wypędzonych, bo przecież "zaczęli wojnę" i "sami sobie winni". I zwrot ku, nagły wzrost wartości szczątków i rupieci, i pocztówek na allegro:-) życie... pozdrawiam krajana. Aha, Powstanie Warszawskie mnie nie porusza tak jak owi wypędzeni.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A mnie wypędzeni poruszają bardziej. Bo znam różnych osobiście (albo ich potomków). Bo to działo się tu, u nas, w moim domu, w mojej wsi, w moim otoczeniu. Bo patrzę na las przez okno i wiem, że nie tak dawno ktoś patrzył na niego po raz ostatni w życiu, chociaż wcale pewnie nie miał zamiaru odchodzić. Znam te różne osobiste historie.

      A PW? To gdzieś tam na wschodzie. Mimo, że gdyby nie PW, to byłbym potencjalnym właścicielem nieruchomości w centrum Warszawy :). Ale moi rodzice pewnie by sie nigdy nie spotkali...

      Usuń
    2. dokładnie tak:-) lubimy to, co znamy?

      Usuń
    3. Raczej "lubimy" to, co jest nam z jakiś względów bliższe, co rozumiemy i gdy uznajemy, że nas w jakiś sposób dotyczy.

      Usuń
    4. W pamięci rodzinnej przetrwała następująca scena: izba w niewielkim domku w generalnym gubernatorstwie. Na środku kołowrotek, obok w kołysce dziecko. Kobieta przędzie, stukając głośno. Kołowrotek stoi na rozciągniętej derce. Dywanik skrywa cztery ruchome deski - wejście do niedużej piwniczki pod domem. W piwniczce siedzą Żydzi, są cicho. To dobrze, bo do izby wchodzi Niemiec w wypolerowanych butach. Zagląda wszystkim w oczy. Dobrze kłamią, bo buty stukają do wyjścia i nocą Żydzi mogą uciekać dalej.
      Dom należał do moich dziadków. W kołysce leżała mama.
      Dziadek nie znosił Żydów, jak typowy Polak - Katolik tamtych czasów, jednak to zasady wpojone mu od dziecięcia przez ten sam niesławny kościół, kazały mu się zachować poprawnie.
      Dziadek wspominał, że za Niemców był porządek. W okolicznych laskach pozostały po nich liczne zbiorowe mogiły. Rozstrzeliwali tam Polaków za łamanie ustanowionego przez siebie porządku.
      Dziadek uważał lokalnych AKowców za bandytów. Pod lufą karabinu zabrali mu konie, siodło, reguralnie go okradali. Pewnie się bał o rodzinę. Za wspieranie partyzantów można było zostać rozstrzelanym przez Niemców.
      Dziadek uważał się za polskiego Chłopa. Pod flagą PSL-u budował Polskę Ludową razem z komuchami. O Sowietach nie mieliśmy okazji porozmawiać, ale PRL to była jego Polska.
      Ja, kiedy byłem mały, właziłem do piwniczki, żeby zobaczyć, czy potrafię być cicho.

      Teraz mam zamiar być Dolnoślązakiem. Ciekawe, co by na to dziadek powiedział.

      Usuń
  2. Temat ciągle wywołuje silne emocje. Nie dziwię się temu, wszak dopiero niespełna 70 lat minęło od zakończenia wojny, przesunięcia granic i przesiedleń ludności. Żyją jeszcze ci co tą wojnę pamiętają, choć jest ich co raz mniej.
    Ja urodziłem się już na terenach (po)/(od)zyskanych i też miałem problem z tożsamością - moi przodkowie pochodzili z Polski, sam mówię i myślę po polsku, przejąłem od nich kulturowe tradycje typowo polskie (np. święta itp.). Dlatego też zawsze powiem, ze jestem Polak :). Ale od jakiegoś czasu mówię też o sobie Ślązak czy Dolnoślązak. Zauważyłem, że pojęcie "naród polski" bywa dla mnie zbyt pojemne i są w nim elementy z którymi mnie nic nie łączy (jak wspomniane powstanie w Warszawie) lub nie chcę by mnie łączyło zwłaszcza kiedy przeróżne publiczne postaci przywłaszczają sobie prawo do decydowania kto jest prawdziwszym Polakiem. Zdecydowanie od takich dyskusji się odcinam. Tu mam swoją własną małą ojczyznę i jej problemy, historie i przyszłość, która mnie najbardziej dotyczy i interesuje. Ktoś powie, że jestem egoista, że nie dbam o interes całego narodu czy kraju - a ja myślę, że jak każdy będzie dbał o swoje poletko to całościowo też będzie lepiej. Małymi krokami i począwszy od siebie, a najlepiej wspólnie z najbliższym sąsiadem :-)

    Parę lat temu kiedy moi rodzice remontowali dom (jeden z tych poniemieckich), znalazłem zdjęcie właścicieli tej nieruchomości sprzed 1945 r. Natychmiast ruszyła wyobraźnia i domysły - kim byli, czym się zajmowali, co się z nimi stało. To jest dla mnie prawdziwe dotykanie historii. Oni mieszkali w moim domu, może ich rodzice go wybudowali, tak to bardzo realne. A kiedy na lekcjach historii nauczyciel mówił o zaborach i powstaniach, wymieniał nie znane mi miejscowości gdzieś na wschodzie - no nuda straszna :) i ani słowa o Dln. Śląsku. Sam musiałem dojść do książek o moim regionie. I nagle okazuje się, że był tu jakiś von Blücher, jakiś Fryderyk II, a nie tylko Piłsudski na kasztance ... ich pomniki i grobowce stoją do dziś pod moim nosem. Przyjmuję ich historię jak własną bo byli częścią właśnie tej ziemi, którą ja teraz uważam za swoją. Próbuje także zrozumieć powojennych osiedleńców, tych którzy chcieli wyplenić dawnych mieszkańców (dosłownie z korzeniami, vide szabrowanie grobowców) oraz świadectwa ich historii i kultury. Okrucieństwo wojny znam z opowiadań i wiem ,że Niemiec to często był wróg najgorszy. Jednak dzisiaj czas zaciera dawne uprzedzenia, a my mieszkańcy tego regionu możemy zadbać o resztki tego co zostało po poprzednikach - byśmy nie okazali się gorsi. Może to być pouczające i ciekawe doświadczenie.

    Dla zainteresowanych wspomnianym zdjęciem, umieszczam link do mojego skromnego bloga.

    http://wyspawodcinkach.blogspot.com/2011/12/z-archiwum-w.html

    OdpowiedzUsuń
  3. wczoraj 3 razy próbowałam coś tu wpisać, ale nie wychodziło :) dobra, teraz kawka w łapce, umysł jasny, to coś skrobnę:)
    Już pisałam, że czuję się Dolnoślązaczką,a nawet i Górnołużyczanką, z racji urodzenia :)I tu jest moja mała ojczyzna, nie Stanisławów, jak dla mojej babci, nie okolice Ciechanowa, gdzie, jak się okazuje, co drugi zmarły na wiejskim cmentarzu to moja rodzina. Tu wrosłam, moi rodzice chyba trochę też, ale znacznie mniej niż ja. Wydaje mi się,że dopiero to drugie pokolenie powojenne całkiem inaczej podchodzi do kwestii przeszłości, dziedzictwa tzw.ziem odzyskanych (nienawidzę tego określenia), itp. Do tego też nie możemy zapomnieć o tym,że system w międzyczasie nam się zmienił i można głośno mówić o pewnych sprawach, o których kiedyś należało milczeć.Pamiętam - miałam wtedy 9-10 lat - i pod dom, w którym spędziłam całe dzieciństwo, podeszła grupka starszych Niemców, jedna z staruszek pokazała nam zdjęcie naszego domu i powiedziała, że w nim się urodziła,i że to jest jej heimat. Moja mama wtedy odpowiedziała,że to miejsce stało się też heimatem dla nas, małych dziewczynek, które tu się wychowują...I jak tak to widzę - historia sprawiła,że mieszkamy tu. Jest też druga strona medalu - moja babcia wspomina swój dom w Stanisławowie, grobowce przodków...

    OdpowiedzUsuń
  4. Właściwie to nie znam tego problemu, chyba z Samych swoich trochę, dlatego z wielkim zaciekawieniem przeczytałam Twój post, komentarze pod nim, nie wiem, jak odbywało się to "wypędzanie" rdzennych mieszkańców na Dolnym Śląsku; wczoraj wracałam z Pogórza, pod kapliczką stała taksówka z pasażerką obok kierowcy, starsza pani trzymała chusteczkę przy twarzy i zanosiła się płaczem; może wróciła w świat swego dzieciństwa, skąd też została kiedyś wypędzona? nie wiem; wiem tylko, że to straszna rzecz być wyrzuconym ze swego rodzinnego domu, z ojcowizny, gdziekolwiek by to było,
    pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  5. Niezwykły post. Dzięki. My mamy ten niezwykły przywilej, że mieszkamy tam, gdzie powstały nasze herby i gdzie swojska "herbowość" nie zależy od stanu posiadania, ale od stanu świadomości. Gdzie wszystko jest odwiecznie mieszane (polsko-rusko-niemiecko-węgiersko-żydowskie) i gdzie niezmiennie akceptacja miejscowych decyduje o tym, czyś Ty swój czy obcy. O taką akceptację zgoła wcale niełatwo, ale jeśli jesteś już "Swój", to na "Bij-zabij!". !

    Pzdr.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na poziomie swój - obcy to chyba decyduje każda społeczność, niezależnie od przywiązania do miejsca. Ot - wspominany wyżej przykład z Krużewnik choćby...

      Usuń
  6. Pomieszało się, poplątało... Mama ze Lwowa, Tato z Lublina, a potem już my wszyscy z Poznania, bo losy takie i wrastanie przez lata w rzeczywistość. Może my i pyry, może i sknery, ale COŚ z tego wynika. Zamieniłam miasto na wielkopolską, ale kongresową wieś i teraz tu wrastam. Tylko że razi mnie bardzo ta kongresowość. Różnorodność, ot co. I tak to pozostanie na jeszcze bardzo długo.

    OdpowiedzUsuń
  7. No tak...Spójrzmy za siebie: matka spod Wołkowyska (dzis Białoruś), ojciec z Warszawy (tu przynajmniej nie ma chyba wątpliwości), babcia spod Grodna, dziadek spod Bielska Białej. Ja wychowana pod niebem Pomorza, a od baaardzo długiego czasu krzątam się w starym domu i ogrodzie na lubuskim pojezierzu. Tu świat i niebo nad nim zobaczyły moje dzieci. Ludzie! Dobrze, że przynajmniej kontynent ten wciąż sam (i planeta Ziemia). Czy w takiej sytuacji w ogóle jest sens zadawania sobie pytań o tożsamość? Ja zrezygnowałam już dawno.

    OdpowiedzUsuń
  8. Mój mąż urodził się w Bolkowie, ma podobne odczucia.
    Dla mnie,urodzonej i wychowanej w Małopolsce, sprawa tożsamości ludzi 'tutejszych' jest fascynująca, bo bliska z jednej strony, z drugiej obca, bo nie mam tego problemu.

    Ziemie Odzyskane dziś są polskie, ale były niemieckie, cieszy mnie, że zaczyna się o tym mówić głośniej, odważniej - pisałam o tym ostatnio przy okazji zdjęć Głuszycy, nie swoimi
    słowami, a S.Michalika, autora 'Głuszyckich kontemplacji'.
    Rozumiem, że kilkadziesiąt lat temu pokazywano tylko jedna 'stronę księżyca', ale pozostawanie przy tym widzeniu historii dziś, jest jej ewidentnym fałszowaniem.


    A teraz czytam "Miedziankę'...

    OdpowiedzUsuń