2 marca 2012

Wreszcie wiosna kolorowa

Śniegi zeszły zupełnie. Nawet w zacienionych miejscach nie ma już nic. Na Okolu pewnie jeszcze trochę leży, bo nawet z okna, na skarpie pod skałką widzę, że się coś jeszcze bieli. I to nie są śmieci, mam nadzieję. 

Wiosna wybuchła niezliczoną ilością kolorów. I tak - mamy brązy, sporo żółtego, czasem trafi się zgniła zieleń w milionach odcieni; wszystko to na łąkach. Bielą się brzozy, bezlistne i łyse; w lesie stalowoszare pnie buków. Ziemia ma kolor.. no dobra, brązowy, gliniasty taki. Do tego jest namoknięta jak gąbka i przy każdym kroku człowiek zapada się po kostkę. Woda, woda wszędzie. A woda to przecież życie!

Gmina zrobiła w zeszłym roku drogę (chwała jej za to nieustająca). Gdyby nie to, dojazd do domu dostarczał by trochę więcej przygód. Ale jakoś sobie bez nich radzimy, bo dobra droga kończy się tam, gdzie zaczyna się nasza działka. Więc i tak trzeba swoje w błocie przejść. Pługa jeszcze profilaktycznie nie chowam. W tamtym roku przydałby się przecież choćby drugiego maja.

Lodu na stawach już nie ma. To znaczy na dużym stawie, bo na małym nie ma już od dawna. Zbudowałem zastawkę, aby utrzymać w mniejszym dłużej wodę (na zapas, nigdy nic nie wiadomo). Poziom podniósł sie o całe 10 cm i teraz grozi dla odmiany zalaniem podwórka. Coś za coś. Nad małym stawem (nazywam je roboczo Jeziorem Pilchowickim) buduję kładkę. To znaczy - co ja mówię. Most, most prawdziwy będzie. Mówiąc inaczej - przybiłem kilka desek do leżących już tam belek, aby nad kotłującą się czeluścią nie trzeba było skakać. Muszę jeszcze je dociąć.

A swego czasu, podczas roztopów, na dużym stawie pękła grobla. Załatałem to prowizorycznie workami z piaskiem, geowłókniną i gliną (czułem się jak powodzianin), ale i tak cieknie. Trzeba bedzie się przymierzyć do większego remontu Ale to jak woda opadnie i zrobi się cieplej, a grzebanie się w błocku będzie sprawiać przyjemność.

Jeszcze kilka ciepłych dni i z lasu w kierunku stawu zaczną wędrować ropuchy. W tamtym roku też były. Przy okazji, jedna ukradła nam sporo drewna.

Droga, którą roboczo nazywamy "na Lubiechową" (istotnie prowadzi w tym kierunku) zamieniła sie w potok. Woda spływa z góry, z niemal zupełnych zrebów pod Okolem koleinami dróg zrywkowych. Mamusiu, skąd się bierze powódź? Z Gór Kaczawskich, dziecko. Z Gór Kaczawskich.

7 komentarzy:

  1. Trochę za wczesnie dla mnie, nie zdążyłam się tą zimą nacieszyć, bo we Wrocławiu za wiele jej nie było, a w górach byłam rzadko i obiecywałam sobie ładny marzec, jeszcze śniezny, a to co piszesz, nie nastraja zimowo-optymistycznie;(
    cóż, jak wiosna, to wiosna, niech jej będzie;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zimo - precz. Nie chcemy Cię tu. W Karkonoszach i Izerskich jeszcze pewnie posiedzi, więc spokojnie.

      Usuń
  2. Ooo.. wreszcie się żona ujawniła !!
    Pozdrawiamy :))

    OdpowiedzUsuń
  3. trzeba zacząć sezon-niech będzie wiosna!:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Czekej,czekej - do czego Ty chcesz tę wodę na zapas stosować?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. tam woda, tu grobla..z wiosną w Przemku obudził się duch bobra ;P

      ..a z potokodrogi nalubiechowskiej można by zrobić niezłą atrakcję turystyczną "wiosenny rafting na o'kole"
      [g]

      Usuń
  5. Błoto, błocko, błotunio..... Przemku jak sobie z Saba radzicie po takim spacerku ? idzie grzecznie do wanny czy na kanapkę powycierać ryja w koc ?

    OdpowiedzUsuń