1 czerwca 2012

Los się musi odmienić, czyli majowy piątek (nie) trzynastego


Dzień ten był zły właściwie od samego początku. Był to piątek, wcale nie trzynasty. Przez krótką chwilę wydawało mi się, że wybuchła kolejna wielka wojna. Ale to wcale nie najgrosze w wydarzeń tego dnia, o czym poniżej. Tylko przez litość dla samego siebie, w celu poprawy samopoczucia, dodam kilka późnomajowych zdjęć, które w ogóle nie są związane z tematem.

Rano pojechałem na tak zwaną diagnostykę komputerową. Nie będę już zamęczać nikogo technicznymi szczegółami, dość powiedzieć, że samochody ostatnio odmawiają posłuszeństwa, mrugając złośliwie lampkami zapraszając na wizytę w serwisie. Przy wyraźnych objawach agonii silnika udałem się wreszcie, aby sprawdzić choć przyczynę śmierci, bo o reanimacji pacjenta powoli przestaję myśleć. Wyrok: EGR. Nie tak źle. Będzie żyć (tylko co to za życie). W Sędziszowej wyczyściliśmy co trzeba, ale objawy nie ustały.  Ba, jest gorzej. Obawiam się, że to reanimacja trupa. Wracam więc jakoś do domu, żeby zabrać drugiego pacjenta na wymianę czujniczka. Nie było mi dane jednak dojechać.

Ostatnio zamknięto nam drogę z Rząśnika do Bełczyny. W tragicznym stanie była od dawna i myślałem, że to dlatego. Nic bardziej mylnego: w samym Rząśniku remontowany jest most (mam dziwne wrażenie że to dlatego, że jego nośność była ograniczona do kilku ton, co uniemożliwiało przejazd ciężkich samochodów z drewnem). Mostek można sprytnie objechać (zupełnie legalnie), niemniej jednak już w Bełczynie stoi znak: droga zamknięta. 

M. (nie mylić z M., którego dotyczyła historia z przyczepą, to dwie różne osoby), jadąc do nas na weekend, postanowił objechać zamkniętą wszak teoretycznie drogę przez Proboszczów. Wybór wydawał się na początku dobry - równiutki asfalt, idylliczne krajobrazy ze sterczącą z boku Ostrzycą. Przed Proboszczowem (za zakrętem, a jakże), czają się jednak na niczego nie spodziewających się kierowców wielkie niczym Kanion Kolorado dziury. Są gigantyczne, urwanie zawieszenia to najlepsze, co może się wydarzyć po takim niespodziewanym spotkaniu. Ba, słyszałem nawet o takich, którzy wpadli kiedyś do tych dziur i ślad po nich zaginął.

Z M. jednak nie było tak źle - tylko uszkodzone zawieszenie i opona. Zestaw naprawczy okazał się mało przydatny, więc dzwoni do mnie, że stoi. Wsiadam w Ferozę, bolid, który jeszcze jako taki jeździ i jadę bawić się w pomoc drogową. Na miejscu nie wygląda to dobrze - z opony zostało nie za wiele, co jeszcze - trudno powiedzieć. Ale od czegoś trzeba zacząć. Zostawiliśmy samochód na podnośniku i w te pędy do Sędziszowej. Jest piątek, godzina 14.45 - za 15 minut wszyscy udadzą się radośnie na tak zwany fajrant. Wizja pozostawienia załadowanego samochodu bez koła w polu między Bełczyną a Proboszowem na cały weekend tylko mnie dopingowała. Do wulkanizacji dotarliśmy tuż przed 15.

Nie da się. Nie mamy takiej opony. A nawet, jakbyśmy mieli, to z felgi nic już nie będzie. Nie da rady. 

Ponieważ M. nie rozumie języka polskiego, tłumaczę, co i jak. Że można próbować w Jeleniej Górze (ale czym tam dojechać?). Albo laweta. Trochę mało ciekawie.

Z doświadczenia wiem, że problemy pozornie nierozwiązywalne najczęściej takimi nie są, po kilkunastu minutach najczęściej jakieś rozwiązanie się znajduje. Tak było i teraz - w odchłaniach magazynu opon znalazła się przetarta zimówka, niby większa, ale dało się ją założyć na skatowaną felgę. Wróciliśmy z kołem pod Proboszczów. Samochód stał o dziwo w takim samym stanie, jak go zostawiliśmy (w myślach snułem wizje, że zastaniemy go bez pozostałych kół). Na za dużej oponie za daleko się nie dojedzie - ale najważniejsze, że chociaż do domu.

Zjechaliśmy więc do domu, postawiwszy samochód M. obok dwóch pozostałych. Mamy więc niby trzy, ale w potrzebie właściwie na żaden z nich nie można liczyć.

Wydawało się, że atmosfera się uspokaja. Wieczór był dość ciepły i przyjemny, postanowiliśmy więc rozpalić ognisko. Jedzenie przygotowane (nareszcie po tym przeklętym dniu coś się zjeść uda), ogień się pali, otwieram butelkę Apfelweina, słońce zachodzi.

B. poszła jeszcze tylko na spacer z psami. 

Wtedy nagle od strony wsi nadjechał z warkotem motor bez tłumika, z którego zeskoczył F., podbiegł do furtki i krzyknął głosem donośnym, zaaferowanym i jakby lekko przestraszonym: Niemcy przyjechali!

Tu należą się wyjaśnienia. Mam częściowo kontakty z dawnymi mieszkańcami Rząśnika, jednak wiem, że czasem przyjeżdżają i inni, których nie znam. Chętnie bym z nimi porozmawiał, zapytał, jak się tu żyło, przedstawił moje plany małego muzuem. Rozniosłem więc celowo po wsi wieść, że gdyby jacyś się pojawili, to ja zapraszam serdecznie. Wieś chyba wierzy, że mam z nimi jakieś tajne konszachty i chcę wyciągnąć informacje o ukrytych skarbach, ale jak chce wierzyć, to niech sobie wierzy.

Okrzyk F. brzmiał w każdym razie tak, jakby zza lasu miała wyłonić się zaraz dywizja Panter i Tygrysów, a niebo przesłonić miał cień floty Messerschmitów. Przypominał średniowiecznego jeźdzca, na spienionym koniu, który pędził od wsi do wsi i roznosił straszne wieści, krzycząc tylko coś z daleka i pędząc dalej, do utraty tchu. Nic takiego jednak się nie stało, Panter i Tygrysów ni widu ni słychu, natomiast od strony lasu wybiegła B. z psami, krzycząc coś niezrozumiale i machając rękami.

Zachowanie to mocno niestandardowe, postanowiłem więc zostawić F. i M. z nowiną o początku kolejnej wojny i pobiec w stronę lasu. Gdy się trochę zbliżyłem, oczom moim ukazał sie widok Saby na smyczy i Biesy biegającej wokół. Oba psy całe umazane były we krwi, choć na żółtej sierści saby kolor czerwony kontrastował dużo lepiej. Nie zdążyłem nawet pomyśleć, że może owi zapowiedzeni przez F. Niemcy skryli się w lesie i podstępnie zaatakowali psy, gdy usłyszałem: Biesa znalazła sarnę.

Przez chwilę wydawało mi się, że uspokajajaca to nowina. Wojny nie będzie.

A było tak: Biesa wynalazła w lesie kość. Właściwie, to gnijącą nogę sarny. Cóż w tym fascynującego zrozumieć nie mogę, jednak sukom naszym nie trzeba tłumaczyć. Przybiegła z nią oczywiście radośnie i zaczęła biegać wokół będącej na lince Saby. Psy nasze kochają się miłością braterską (no, siostrzaną), dopóki nie pojawi się w zasięgu wzroku jedzenie. Nóżka wyglądała najwyraźniej nad wyraz apetycznie, w dodatku aromatyczny zapach gnijącego mięsa unosił się w powietrzu, więc rozpoczęło się drobne (w mniemaniu Saby) starcie w celu odebrania zdobyczy.

Na początku nie wyglądało to źle - wydawało się, że psy się po prostu pokłóciły o jedzenie w postaci sarniej nogi. Przy bliższych oględzinach Biesy okazało się, że sprawy nie tak prosto się mają i wymagana jest raczej dość pilna interwencja weterynarza - wypadałoby pozszywać ją tu i tam i upchnąć jakoś do środka to, co wypada. Saba w zasadzie nie ucierpiała. Chyba to ona czuła się wygraną w boju o sarnią nogę.

Nic, stoimy więc z F. i jego nowiną o Niemcach, krawiącą Biesą i M. przed trzema samochodami, z których właściwie żaden nie wróży powodzenia w dotarciu do Jeleniej Góry, gdzie zaprzyjaźnieni weterynarze dyżurują 24 h na dobę. Dylemat: jechać tym z za dużym kołem, nie mogącym odpalać, czy gasnącym silnikiem? Wybrałem to ostatnie.

Siedząc na fotelu pasażera (wszak wypiłem szklankę Apfelweina, który ma niby tylko 5% ma, ale piątkowy wieczór nie jest najlepszym czasem, żeby sprawdzać, czy oznacza to, że w krwi mam 0,1 czy 0,2 promila) snułem już podłe wizje, jak to zostajemy między Czernicą a Jeżowem z wykrwawiającym się psem i zepsutym samochodem.

Los się jednak najwyraźniej odmienił. Ok. 23 byliśmy już w domu. Biesę poskładano i obdarowano ślicznym kołnierzem, z którego jednak nie wiedzieć czemu zadowolona nie jest. Do rachunku Saby dopisaliśmy 150 zł (a wisi nam już 120 zł za kota, którego przygniotła kiedyś swoimi 60 kg i trzeba było jechać w zimową noc i składać).


Następnego dnia Biesa dostała cieczki. Jest ostatnim z naszych zwierząt (nie licząc pewnie myszy, pająków i owadów w belkach), które nie zostało wysterylizowane. Siedzi więc teraz w izolacji, w plastikowym kołnierzu na szyi i roznoszą ją hormony. W lipcu sterylizacja...

Sytuacja z psami, które obecnie muszą być izolowane, wymusiła rozwiązania jakoś problemu zamknięcia pokoju.

Ze starych drzwi stajennych stworzyłem więc cudo obok. Wyczyściłem (po chamsku, szlifierką, bo już mam), wytrułem (chemia potworna, Hylotox Q). Na górze uciąłem kiczowaty łuczek, bo drewno z boków nie nadawało się już do niczego. Złomu zawiasowego mam sporo, klamka też się znalazła (oczywiście, pół dnia zajęła naprawa uszkodzonej sprężynki). Pod zawiasy w ścianie wykułem dziury i zamocowałem na Blitzcement. I lata to. Zamknąć można.

Drzwi są przaśne (ostatnio ulubione słówko B.) i pewnie mało zgodne z duchem epoki tej czy tamtej, ale mało mnie to interesuje. Najważniejsze, że mam jak zamknąć psy.

Faktem jest, że pewnie gdyby nie cała sytuacja - w przejściu między kuchnią a pokojem jeszcze dwa lata wisiałaby szmata.

Nie ma tego złego...

11 komentarzy:

  1. Wybacz, rozumiem, że dzień był ciężki, ale czytając uchachałam się po pachy :) Nie ma to, jak pech, który dopadł bliźniego ;)
    Wiem, wiem. Wrednam, no ale cóż ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No i o to chodzi, tekst wszak był pisany z przymrużeniem oka (choć gwarantuję, że wydarzenia są autentyczne). W ten piątek nieszczęsny to wesoło nie było, ale z perspektywy...

      Usuń
  2. Pan Przemek, ma po prostu talent do pisania i nawet sprawy nieciekawe i smutne, opisuje w sposób szczególny i interesujący, a w tym przypadku wręcz wesoły. Mam nadzieję, że po osiągnięciu minimum lokalnego, tendencja będzie już tylko zwyżkować. Saba wygląda na groźnego psa i budzi respekt, szkoda tylko, że atakuje bez opamiętania. Szkoda Biesy, mam nadzieję, że wyjdzie z tego bez szwanku i czegoś przy okazji się nauczy. Zastanawiam się, co z kotem i czy w tych okolicznościach jest bezpieczny. Pozdrawiam, stała czytelniczka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Saba jest dużym psem. Ma też duże zęby i dużo siły, więc, jak to na psa przystało, czasem je pokazuje. Z Biesą to też były w zasadzie zabawy (choć przesadziła) - wyobrażam sobie doskonale, że gdyby faktycznie chciała sprawę szybko zakończyć, to dla niej to dwa kłapnięcia. Nie powiedziałbym, żeby była agresywna. Ot, po prostu, lekko przesadzone psie ustawki...

      Usuń
  3. dobry z Ciebie materiał na bajarza,..a gdybyś się postarał i wprowadził do narracji więcej grozy, to może nawet dziada wędrownie-stacjonarnego! świat nie stoi w miejscu, więc 'story' o komputerowej diagnostyce całkiem na miejscu. [g]

    OdpowiedzUsuń
  4. jak dla mnie grozy jest dość: "Gdy się trochę zbliżyłem, oczom moim ukazał sie widok Saby na smyczy i Biesy biegającej wokół. Oba psy całe umazane były we krwi, choć na żółtej sierści saby kolor czerwony kontrastował dużo lepiej. Nie zdążyłem nawet pomyśleć, że może owi zapowiedzeni przez F. Niemcy skryli się w lesie i podstępnie zaatakowali psy, gdy usłyszałem: Biesa znalazła sarnę.

    Przez chwilę wydawało mi się, że uspokajajaca to nowina. Wojny nie będzie."
    i jeszcze: "Następnego dnia Biesa dostała cieczki. Jest ostatnim z naszych zwierząt (nie licząc pewnie myszy, pająków i owadów w belkach), które nie zostało wysterylizowane. Siedzi więc teraz w izolacji, w plastikowym kołnierzu na szyi i roznoszą ją hormony."
    Jest niemal wszystko: krew, podejrzenia o międzynarodowy konflikt(wojna, psy pogryzione...), ofiara (sarna, co prawda wtórna, bo zastana martwa, ale zawsze), cieczka to krwawe widowisko (ekhem, wiem co mówię;)),nie mówiąc o rzeźni zwanej szałem hormonalnym. O sterylizacji się nie wypowiem, bo...nie wiem co i jak;)A wątek drogi to już w ogóle nerwówa...
    Przemek, po takim przesileniu będzie tylko lepiej :)

    OdpowiedzUsuń
  5. No i proszę... masz talent i fach w ręku!
    Zrobisz mi takie drzwi?

    OdpowiedzUsuń
  6. A co z tymi Niemcami w końcu...?

    OdpowiedzUsuń
  7. Rany, to coś na ostatnim zdjęciu (obejma, czy jak to się tam nazywa) jest kute?! Jak w skansenie?! Ale jazda! No i gratulacje, to bardzo piękne drzwi!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To kuty zawias. Mam ich sporo. Jak w skansenie, nie inaczej ;).

      Usuń