9 września 2012

Kopyciarz i Pokahontas

Dobra, już po żniwach. W zasadzie nawet nie wiem kiedy się odbyły.  Okres czerwiec - sierpień po prostu zniknął, przemknął. Może w ogóle go nie było. 

Jesień się pojawiła. Są też żniwa jesienne. Bo to na przykład czas wykopków. Kopie się ziemniaki, kartofle (przedstawiciele Wielkopolski znają pewnie lepsze słowa). I ja tam byłem i pomagałem. U sąsiada, w ramach sąsiedzkiej pomocy: przysługa za przysługę. Tak to na wsi działa. 

Co tu dużo gadać zresztą - czasem przysługę przystoi oddać tak po prostu, wcale nie oczekując, że w zamian coś się dostanie. Samopomoc.


Życie na wsi interesuje mnie od dawna z różnych względów. Nie wystarczy przeprowadzić się na wieś (czytaj: kupić dom na wsi), żeby od razu stać się wieśniakiem. Robię co mogę, żeby nim zostać; to jest zrozumieć i poznać otoczenie. Większość (jak mi się wydaje) kupuje dom na wsi, po czym odgradza się od tej wiochy wszelkimi możliwymi sposobami. Czasem wcale nie fizycznie, choć betonowe płoty i mury do rzadkości nie należą. Bo dystans musi być. Bo wieś pije, bo wieś śmierdzi, bo to prostaki, buraki i chamy. Najczęściej odgradzamy się w głowie.

A ja wręcz odwrotnie. Staram się być tu i tam; pomagać, pogadać, chodzić tu i tam, czasem choćby na ploty. Żeby wieś zrozumieć trzeba jakoś się w niej odnaleźć. Wydaje mi się, że istota wiejskości nie zmieniła się zresztą wielce przez ostatnie sto lat; niezależnie od tego, czy byli tu Niemcy, czy Polacy. O tym będzie jeszcze kiedyś zresztą.

Byłem więc kopać ziemniaki tradycyjnej polskiej odmiany Pokhonotas, jak ją zwiemy. Rządkiem jedzie najpierw traktor z kopaczką, pamiętającą jeszcze zaprzęg koński. A potem trzeba zbierać te czerwone kulki. Powiem szczerze: to moje pierwsze wykopki w życiu. Podobnież, bodaj pierwszy raz siedziałem na traktorze.


Wieś ma swoje wierzenia, wieś ma swoje zasady. W południe (to jest punktualnie o 12) trzeba zrobić przerwę, bo wtedy będzie przechodził Kopyciarz i zepsuje to czy owo. Kopaczkę choćby. Wydaje mi się, że Kopyciarz nie tyle przychodzi, jeśli przerwy się nie zrobi, co po prostu chodzi tak czy inaczej. Tu i tam. Trzeba więc przeczekać, żeby przechodząc nie zauważył. Choćby te kilka minut. Swoją drogą, trzeba zerknąć, czy u Peuckerta nie ma jakiejś innej odmiany Kopyciarza. No bo nie wierzę, że go za czasów niemieckich nie było i przypałętał się ze wschodu za tymi, co w niego wierzą.

Niestety, przeoczyliśmy 12. Na szczęście w porę się zorientowaliśmy i punkt 13 zrobiliśmy przerwę. Mam nadzieję, że Kopyciarz chodzi według czasu prawdziwego, to jest zimowego.

Na koniec ponoć gospodarza obsypuje się częścią plonów, czego nie praktykowaliśmy. Pewnie za rok się nie udadzą.

Tylko tyle i aż tyle.





11 komentarzy:

  1. Jeździłem kiedyś fadromą po elewatorze, ale to jednak nie ta romantyka;) A co do zażyłych kontaktów z "wieśniakami" to cóż- początkowo jest fajny kontakt z folklorem, ale później -często twardym trzeba być, oj twardym...Ale nie zmienia to faktu, że życie na wsi rzeczywiście bywa znacznie bardziej interesujące niż w mieście ,właśnie dzięki sąsiedztwu:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No bo twardzi, nie miętcy, to są wszyscy wszak dookoła. A nie chodzi o jakieś zażyłe kontakty zresztą, tylko uczestnictwo w życiu społeczności.

      Usuń
  2. ja byłam na wykopkach raz jeden w podstawówce (jakoś u schyłku lat 80-tych,w ramach czynu społecznego czy jakoś tak- pomoc szkoły dla PGR-u) i drugi raz u sąsiadów jako nastolatka-zarobiłam metr ziemniaków :)Traktory mnie nie kręciły, ale zabawy w odczepionej od traktora bitce tak :)
    O Kopyciarzu nigdy nie słyszałam - chyba po mojej wsi nie grasował ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rodzina od której słyszałem o Kopyciarzu to mieszanka podkarpacko-małopolska. Pewnie tam chodzi Kopyciarz.

      Usuń
  3. Ja podobnie jak Kyja mam na koncie jak do tej pory jedne tylko wykopki. Połamało mnie wtedy i zgięta w pół chodziłam przez kolejne 3 dni. Rwa kulszowa mnie chyba przyatakowała a dodam, że do emerytury jeszcze mi trochę brakuje. To ciężka praca ale fajna o tyle, że w teamie :-). potem w parniku uparzyliśmy kartofle i było pychaaaaaa. Ale jednak to co głównie pamiętam to nadal ból w krzyżu i ten... zapach... :-)))

    OdpowiedzUsuń
  4. Zaiste, ciekawe są te altruistyczne zachowania wieśniaków!
    Czy to aby nie jest zaraźliwe ? :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może być zaraźliwe. Trzeba uważać. Większość właśnie chyba uważa.

      Usuń
  5. U nas, w technikum corocznie jeździliśmy na buraki. Niezła była z tego kasa...na wycieczkę szkolną. A tereny? Pola pod Grodźcem...:)

    OdpowiedzUsuń
  6. Wycieczki... jeszcze za kasę!
    Ech, mieszczuchy, ciężką pracą nieskalane, jak Wy macie wieś zrozumieć :P
    Dobrześ Przemek poszedł! Będą z Ciebie ludzie.

    OdpowiedzUsuń
  7. Na wschodzie w południe chodzi Południca. Ale u niej z kolei masz przesrane, jak południe prześpisz, trzeba robić.

    OdpowiedzUsuń
  8. Gdy chodziłam do podstawówki ("ho ho ho" lat temu;) ) wszyscy uczniowie musieli chodzić na wykopki do pobliskich PGR-ów ,co zresztą każdy lubił ;) w zamian za pomoc ,każdy mógł wziąć do domu ziemniaki;) z sentymentem wspominam te czasy;)

    OdpowiedzUsuń