29 listopada 2012

Tygrys

A gdyby tu było nagle przedszkole w przyszłości
 i wasz synek mały tędy przechodził w przyszłości, 
którego jeszcze nie macie, więc nie mówcie mi, że siedzi z tyłu!

Miś

Zimowy, styczniowy wieczór. Na zewnątrz -10. Silny wiatr. Najczęściej, gdy panuje taka temperatura, jest bezwietrznie. Ale nie zawsze. Tym razem wicher zawodzi jak stado wisielców (jest oczywiste, że wisielcy nie występują stadami, a poza tym nie zawodzą. Ale brzmi nieźle). I tak bywa. Już późno. Dokładam jeszcze do pieca. Jak dobrze dołoże i zamknę drzwiczki, starczy do rana. 


 * * *

Już północ. Kierowca ciężarówki przewożącej zwierzęta do ogrodu zoologicznego rozpoczął mozolny podjazd pod Kapelę. Silnik ryczy. Łańcuchów brak. To już dwunasta godzina jazdy. Pieprzyć tachografy! - mówi do siebie. Inspekcja śpi, poza tym kto w tą śnieżyce miałby mnie zatrzymać? Kierowca jakiś czas temu, w kolejnej długiej trasie zorientował się, że mówi do siebie. I traktuje to jako objaw normalności. Choroba zawodowa. Cholerne ZOO. Tyle dobrze, że nie ma rozładunku. Zawiozę i do domu. Niech oni się tam męczą z tym cholernym tygrysem, czy co to tam siedzi. Jeszcze dwie godziny i Wrocław. A potem pół godziny i w domu. I sen. Sen...

Śnieg sypie coraz bardziej. Płatki wirujące w reflektorach przyprawiają o zawrót głowy. Widać coraz mniej. Kierowca wypatruje drogi. Jedzie dalej. Kolejna serpentyna. A za zakrętem... świat się zmienia. Słońce świeci. Piasek. Plaża. Lekka bryza. Morze faluje delikatnie. Zaraz, zaraz, to musi być.. sen...? Sen?! Ja śpię?! Kierowca budzi się z krzykiem. Za późno. 

Na ostrej serpentynie samochód stacza się ze stoku. Huk i trzask. Wreszcie przewraca się na bok. Cisza. Gęsty śnieg sypie dalej. Zawieja szaleje w najlepsze. Za dziesięć minut, gdy przejedzie tędy kolejny samochód, piaskarka odśnieżająca i posypująca drogę (choć to i tak bez sensu), nie będzie widać śladów hamownia. Z przewróconej, otwartej naczepy wymknął się jakby cień. Coś ciemniejszego niż sama noc. Cień ruszył w stronę lasu. Ale kto by przy tej pogodzie zwrócił na to uwagę...

* * *

Pierwsza w nocy. Wiatr zawodzi coraz bardziej. Między Bełczyną a Rząśnikiem, w małej, wydawałoby się zacisznej kotlince między dwoma wzgórzami, pod naporem wiatru przewraca się drzewo. Prosto na linię energetyczną. Trach! Snop iskier. Śnieg pada dalej.

Na podstacji energetycznej zapala się lampka. Dwóch dyżurnych, zmęczonych ciągłymi awriami patrzy tępo na kolejne zgłoszenie. Co za noc! Co za cholerna pogoda... Teraz to gdzieś na Rząśniku... Nie ma się czym przejmować. W nocy wszak prądu nikt nie potrzebuje. Wszyscy śpią. A jak nie śpią, to niech idą spać. Najwyższy czas! Zresztą tak się dzieje co tydzień. Rano naprawią. 

* * *
Obudził mnie huk. I przeraźliwe zimno. Chwilę wydaje mi się, że to sen. Chcę przewrócić się na drugi bok. Zaraz, zaraz. To się wcale nie śniło. Pies chodzi niespokojnie. 

Idę na dół. Z latarką, bo nie ma prądu. Ciemno. Ale coś... Na podłodze żar. Zajął się już blat i drewno złożone obok pieca. W świetle latarki widać niewiele, chwytam za dywan i staram się ugasić płomienie. Nic z tego. Wody! Nie ma. Zamarzła w rurach.

Spokojnie. Bez paniki. Ugasiłem. Śmierdzi wszędzie spalenizną. Się wywietrzy. Zimno. Bardzo zimno. Ot, paradoks, pożar w domu, a zimno jak cholera. Jest czwarta w nocy. W kuchni, o ile widać w świetle latarki (baterie coraz słabsze), straszny bałagan. I zimno zakrada się każdą szczeliną. Nic dziwnego. Nie mamy przecież ogrzewania.

Spokojnie, włączę elektryczne. Jasne. Przecież nie ma prądu...

Nic dziwnego, przy tej pogodzie... Jak padł prąd, przestała działać pompa ogrzewania. Piec rozpalony maksymalnie. W ciągu dziesięciu minut woda się zagotowała. Po pół godzinie rozsadziło kocioł, wyrzucając zawartość dookoła.

Niby ugaszone, ale lepiej iść do sąsiada. Obudzić i powiedzieć, co i jak. Nie zadzwonię, bo komórka padła. A jak naładować? Wychodzę z domu. Wiatr ustał, ale śnieg ciągle pada. Mimo niskiej temperatury z nieba powoli spadają duże, gęste płatki. Brnę przez zaspy do samochodu. Rano trzeba będzie odśnieżyć. Ale teraz ten kilometr jakoś przejadę. Kawałek prostej, potem wzdłuż lasu, wąwóz, pod górkę, i już. Samochód o dziwo odpala. 

Pod lasem i napęd 4 x 4 nie pomaga. Ciekawe, bo tu zawsze śniegu było najmniej. Zostawiam samochód i brnę dalej przez zaspy. Cicho się zrobiło. Grube płaty walą z nieba, wirują dookoła. Odwracam się, patrzę przez ramię. Coś mnie obserwuję. Czuję się nieswojo. Przyspieszam kroku.

To jest za mną. 

Czuję zimno i strach. A chwilę potem nic już nie czuję.

Rano znajdą. Czerwone plamy na śniegu na skraju lasu. I tropy wielkich łap.

I policja na kolonię krótko przyjedzie. A kto wie, może na nawet i telewizja z Wrocławia.

* * *

I dlatego, proszę Państwa, robię ogrzewanie działające również bez pompy i prądu, grawitacyjnie :).

PS. Zdjęcie na górze nie ma nic wspólnego z tegoroczną zimą. To cieplicki park w styczniu 2009.

8 komentarzy:

  1. czytałam z napięciem. Fajne opowiadanie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Oj tam ojtam... nie odpaliłby ;-)
    Ale ciarki mnie przeszły...
    Zrób sobie to ogrzewanie jakie chcesz, tylko nie strasz już! ;-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Powinienes zawodowo pisac, piszesz?
    :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Odkąd przeczytałam pierwszą notkę, a było to kilka miesięcy temu, wiedziałam, że autor dobrze i ciekawie pisze. Gdy zaczęłam czytać wpisy od początku, tylko się w tym utwierdziłam, a dodatkowo odkryłam, że myślę i czuję podobnie. Gdy przeczytałam dzisiejszą notkę, po przydługiej, jak dla mnie, przerwie, ośmielam się prosić o więcej. Powodzenia przy robieniu ogrzewania, podobno zima idzie :)

    PS. A co się stało z kierowcą ciężarówki?

    OdpowiedzUsuń
  5. This is an automatic message from DISQUS.

    OdpowiedzUsuń
  6. Pompa obiegowa (na najniższych obrotach) ma taki mały pobór prądu, że zasili ją byle akumulatorek przez dzień cały albo i dłużej, przez noc - na pewno. Jeśli przerwy w dostawie prądu zdarzają się częściej lub trwają dłużej, można pokusić się o niewielką baterię fotogalwaniczną, ładującą dodatkowo ów aku. Kiedy przerwy w zaslilaniu są wyraźnie dłuższe i sięgają dni kilku, należy zainwestować w niewielki agregat prądotwórczy oraz przygotować zapas paliwa w karnistrze (albo kanistrze jak kto woli). Jeśli natomiast prawdowpodobieństwo wystąpienia tygrysa na podwórku jest niezerowe, sugeruję zakupić agregat z elektronicznym zapłonem, aby uruchomić go zdalnie, nie narażając się na ugryzienie w tyłek.

    OdpowiedzUsuń
  7. No niestety nie zasili jej byle akumulatorek i nie przez cały dzień. I nie o pobór mocy tu chodzi. Mimo wszystko wolę grawitację.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. E.. nie zasili. Bo Ci zaraz wyliczę, jaką powinien mieć pojemność :) Przecie obiegówka nie chodzi całyczas. A na tygrysa kup sobie Sąsiad sztucer (to by były jaja, jakbyś sobie tak wpisał we wniosek o pozwolenie ;)

      Usuń