8 marca 2013

Lód


... czyli głupi ma szczęście. Przywiozłem przyczepę. Od kowali przywiozłem, co ją naprawiali. Prostowali. Bo miałem spotkanie trzeciego stopnia, wcale nie z istotami pozaziemskimi.

Wiosna niby.  Pług się jeszcze chyba przyda, więc profilaktycznie zostaje w miejscu strategicznym. No, ale drzewa zabrakło. Albo zabraknie lada dzień. Kupić trzeba. Znajomy znajomego ma. Tanio, bo olcha. Ale sucha za to. Kawałek drogi jest, ale i tak się opłaca. Jest koniec lutego, koło zera, marznąca mżawka.

Wyjechałem, to jasno jeszcze było. Nawet dzień nie najgorszy, choć już dawno zapomniałem, jak słońce wygląda. Przez Wleń jadę. A trochę tu, trochę tam. Zeszło do dwudziestej. Drzewo ładne, załadowane na przyczepę. Deszcz pada, czy to mgła, czy cholera wie co, w świetle latarni i tak tylko kreski jakieś widać. Zresztą kto by tam chciał na to patrzeć w ogóle. Wracałem do domu. Droga od Pasiecznika na Wleń czarna. Ładna. Deszcz pada paskudny. Będzie na plusie. Nic nie marznie.

Ale przed Golejowem droga wspina się wysoko, aby potem zjechać w dolinę. To zła droga jest. Widoki tam ładne, na Lubomierz, jak latem się jedzie, w przyjemny, ciepły, czerwcowy wieczór. Okno otwarte, wiatr we włosach. Zboże dojrzewa... Ale teraz nie jest czerwcowy wieczór. Przyjemny też nie. I tam właśnie, w tym jednym miejscu temperatura musiała spaść podle poniżej zera. Szybko nie jechałem. Ze 60 będzie. Ktoś mruga z naprzeciwka. Co jest, myślę, policja? Światła nie mam? Wspina się auto pod górę. Już na górze jestem prawie. Zaraz zjazd. Czuję, że tył na bok dziwnie idzie. Napęd na tył właśnie. No tak. Lód.

W lusterko patrzę. Przyczepa już idzie bokiem zupełnie. Gazu trochę. Wyciągnęło. Już z tego wyszedłem. Pojadę dalej, ale wolniej. Dupa. Kręci już na drugi bok. I slalomem. Do rowu lecę. Wszystko jakoś długo trwa. Myślę sobie o tym. Z boku jakby patrzę. Już ja też bokiem jadę. Drzewa widzę. No, to koniec, myślę sobie. Przesuwam się na bok, jak w zwolnionym tempie. Jakbym to już na jakimś filimie widział. Patrzę, jak do rowu wpadam, przebijam półmetrową bandę odgarniętego śniegu. I dalej jeszcze.

Nic się nie stało. Między drzewa trafiłem. Samochód nawet nie zgasł. Leży w rowie, przyczepa została na drodze. Wisi, nie odczepiła się wcale, tylko bokiem wbiła się dyszlem pod samochód. Niebieskie światła. Mruga. No, ładnie, myślę. Policji mi trzeba. Będzie zaraz, że kierujący pojazdem nie dostosował prędkości do warunków... Tralalalala. W sumie racja, bo nie dostosował. Awaryjne włączam.

Wyłażę z samochodu, kolano boli. Chyba stłukłem o drzwi. Niebieskie śwatło to karetka. Co, do cholery, nic mi nie jest. Tak szybko na miejscu wypadku to chyba nawet w Europie nie są. W tej drugiej, znaczy. Karetka jechała za mną od Pasiecznika. Wyprzedzać nie chcieli. Chłopaki do rzeczy. Trójkąt stoi, już kombinujemy jak tu wyjść z opresji. Samochód OK, tylko w rowie. Przyczepę zgięło i wbiło pod spód, ale się nie odczepiła. Nie da rady jej wyjąć. To wjechałem dalej do rowu. Jeszcze kawałek. Podnosimy. Udało się zdjąć z haka. Ślisko jak cholera. Ktoś się zatrzymał, żeby pomóc. Otwiera drzwi, wysiada. Leży na ziemi. Gołoledź, mówi. Tu lód jest. No, jest.

Odczepić przyczepę załadowaną drewnem nie jest łatwo. Jeszcze trudniej jest ją utrzymać, żeby potem nie uciekła. Zwłaszcza, że i bez tego człowiek się przewraca na lodzie. Kawałek odciągamy. Dyszel zgięty o 30 stopni. Ale cały. Przyczepa ucieka do drugiego rowu. Sunie się bokiem po tym lodzie. Chyba trochę przeładowałem. Zatrzymała się na bandzie.

Już proste.
Z rowu wyjechałem. Na dwóch kołach, zapomniałem, że mogę mieć napęd na cztery. Przyczepę zaczepiamy. Światła działają. Stoi trochę bokiem, jakby ją słoń kopnął. Przesunięta ze trzydzieści centów względem auta. Ale oś chyba cała. Drewna nawet nie zgubiłem.

No nic. Dzięki, chłopaki. Jedziemy dalej. Ja już nie przekraczam 30. Mrugam innym, że ślisko, że lód. Jadą ze 60. Jak wariaci. 

Pozdrowienia serdeczne dla sanitariuszy ze Lwówka Śląskiego.


12 komentarzy:

  1. W czepku urodzony !!! Pozdr.

    OdpowiedzUsuń
  2. oj miałeś przygodę.... dobrze że sie nic nie stało tragicznego....
    a tej drogi jeszcze nie znamy, pojedziemy chyba latem jak piszesz w czerwcu:)
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  3. Powiedzieć by się chciało: głupi ma szczęście.

    OdpowiedzUsuń
  4. Niesamowite szczęście miałeś w tym wszystkim! Wyobrażam sobie poczucie po wjechaniu do rowu. Nogi pewno miękkie, ręce roztrzęsione. Ja tak miałam jak mi Jeepika na zakręcie po lodzie do rowu wyrzuciło.
    Oby do wiosny!
    Asiz

    OdpowiedzUsuń
  5. Mieliśmy to samo zeszłej zimy, przy pierwszym śniegu, tylko dobrzy ludzie ściągnęli nas i przyczepę w dół, a my wróciliśmy do domu łagodną, okrężną i daleką drogą, i bez świateł; na samo wspomnienie serce przyśpiesza; pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  6. Niesamowite!Całe szczęście,że tak się skończyło!

    OdpowiedzUsuń
  7. Hm... bardzo ciekawe, bo ostatnio jakoś tak sam z siebie za nic tamtędy nie chciałem jechać, tylko latałem przez Lubomierz, mimo, że droga bardziej kręta, stawy, zakręt, na którym znajomi niezłą bazę zaliczyli.. (kilometrówka i czas to wyjdą tak samo). Ale jakoś mnie tak odrzucał ten Golejów.
    A szczęścia to masz od cholery, bo trochę niżej, to byś skarpę na kilka albo i na kilkanaście metrów mógł zaliczyć. Miałbyś tą olchę na głowie. Ładnie kurna ładnie... :(
    A poza filmem zwolnionym miałeś jakieś retrospekcje czy coś głębszego? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja poleciałem akurat na drugą stronę (tą z rowem i skarpą do góry, nie w dół). Głębszego to miałem, ale potem w domu...

      Usuń
    2. A na drodze konkurencyjnej, o której piszesz, to wyciągałem gościa, co zdaje się cc jechał. Koło byłego przejazdu kolejowego prosto mu sie pojechało, albo, jak twierdził, zepchnął go podły PKSiarz.

      Usuń
    3. W przyszłem roku jedź koło mnie. Na pewno nic nie widziałeś po drugiej stronie lustra? ;)

      Usuń
  8. A w karetce zawałowiec czy rodząca baba? ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. nie wiem, twierdzili że "może poczekać"...

      Usuń