2 czerwca 2013

Woda

Temat niby na czasie, bo leje ostatnio ciągle. Mamy pogotowie przeciwpowodziowe. Jak dobrze, że nie wybraliśmy tego domku w Nielestnie, albo Milęcicach, co to stał nad rzeką i strumieniem, które "panie to nigdy jeszcze nie wylały". Ale ze względu na wodę i tak nie mogę spać spokojnie. Nie dlatego że jest, tylko dlatego, że jej nie ma. Ha.



Zaczęło właściwie się od innej katastrofy. Dość niewinnie, lecz boleśnie - przyszło wyrównanie za prąd za ostatnie miesiące. To dość wyczekiwana chwila. Byłem bowiem przekonany, że dostaniemy spory zwrot - zadeklarowana comiesięczna kwota była, jak mi się zdawało, dużo za wysoka w stosunku do zużycia. Mało frasobliwie nie zerkałem nawet na licznik. Więc pod koniec kwietnia przyszedł liścik z różowym logiem Taurona, a ja, podobno, pobiłem absolutnie wszystkich na Kolonii zostając z dopłatą w wysokości 1800 złotych. Sporo, bo wychodzi, że włącznie z przedpłatami wyszło prawie 800 złotych za miesiąc. Dużo. Wydawało mi się, że właśnie tyle dostanę do ręki.

Zaczęły się więc poszukiwania winnych. Pierwsze podejrzenia skierowałem oczywiście do bogu ducha winnego Taurona. Sprawa od początku wydawała mi się być beznadziejną i taką też się okazała, ponieważ stan licznika zgadzał się co do cyferki. Licznik jest nowy, błyska wesoło diodami i mruga wyświetlaczem   na różne kolory, więc raczej nie ma szans, aby oszukiwał. Podobno.

Prąd ginąć musi więc gdzieś w naszym domu. Rozpoczęły się poszukiwania tego potwora, co to napycha się naszymi kilowatogodzinami. Po wyeliminowaniu podstawowych sprzętów domowych (lodówka, ekspres do kawy, piekarnik, pralka, młotowiertarka, szlifierki kątowe i oscylacyjne, cztery piły, mieszadło do betonu... no i inne narzędzia codziennego użytku) nie ustaliłem siedziby elektrycznego potwora. Postanowiłem więc przyczaić się i czekać, spisując regularnie, wieczorem, stan licznika.

Elektropotwór
Już wcześniej wydawało mi się, że nasz hydrofor pracuje za długo. Czasem po wieczornej kąpieli zasypiałem w łóżku słuchając jednostajnego mruczenia silnika 1,5 kilowata... No tak. Niby nie dużo. Ale śledząc notatki i rysując wykresy okazało się, że normalne zużycie naszego domu to 3 do 5 kilowatogodzin dziennie. Zaczaiłem się więc na raz na naszego elektropotwora ze stajni i okazało się, że potrafi dziennie wygenerować zużycie dziesięciokrotnie większe. Co oznacza, że jest włączony cały czas. Pompę rozkręciłem kontrolnie i okazała się być dobra. 

A bo z wodą to jest tak. Jakieś dwieście metrów za domem, w lesie, na lekkiej górce, jest sobie "nasza" studnia. Oczywiście, nie jest wcale nasza, ale podobno woda z tej studni do nas płynie. Rury są pradawne, germańskie i mają chyba ze cztery miliony lat. Kiedyś to musiało się zepsuć, ale zmartwień było sporo innych, a woda płynęła. Na początku naszej kariery w tym domu grawitacyjnie mogłem podlewać bez problemu ogródek. Teraz założyłem kontrolnie zawór między pompą a przyłączem do domu i okazało się, że w rurze nie ma prawie nic. Woda, zamiast płynąć wartkim strumieniem kapie sobie żałośnie, niczym... no, niczym woda z zatkanej rury (pozostańmy może przy tym porównaniu). Jakiś czas temu nasza gmina przymierzała się do budowy ujęcia i wodociągu, lecz krótka rozmowa telefoniczna rozwiała nadzieje na lepszą przyszłość. Przez najbliższe dziesięć lat nie ma właściwie na to szans.

Studnia
Pierwsze co przyszło mi do głowy - wyczyścić studnię. Zaplanowałem to już dawno, ale zawsze były ciekawsze zajęcia. Więc w jakąś mroczną i deszczową sobotę nadejszła wiekopomna chwila. Uzbrojeni w wiadra i drabiny poszliśmy do lasu. Studnia ma ok. 2,5 metra głębokości i jest właściwie cysterną zbudowaną na lekkim skłonie wzgórza, którą ktoś w miejscu, gdzie woda wybijała spod ziemi pogłębił i obmurował kamieniem. W trzy osoby wybraliśmy wodę dość szybko, choć na dole ciągle pojawiała się nowa. Jakieś półtora metra poniżej poziomu zero między kamieniami ukazała się rura. Niespecjalnie ucieszył mnie ten widok. Miałem nadzieję, że rura będzie zakopana w przydennym mule a jej wyczyszczenie załatwi sprawę. Tak czy inaczej została wyczyszczona i w magiczny sposób zdezynfekowana, a poszukiwania winnego trwały nadal. Skoro studnia jest dobra, pompa jest dobra, to... problem leży gdzieś pomiędzy. Winnym musi być owa pragermańska rura. Sęk w tym, że to dość odległy odcinek, a ostatnie sto metrów przebiega w gęstym lesie. 

Potrzeba matką wynalazków. Skoro nie można dobrać się do rury od góry, spróbujemy najpierw od środka. Od strony domu podłączłem kompresor. Mając pewne obawy, czy starodawna rura, pewnie łatana w sześciu miejscach dętką wytrzyma, napompowałem kompresor do sześciu barów (lepiej nie przesadzać), wymamrotałem kilka słów do dowolnie wybranego bóstwa i otworzyłem zawór. 

Pooszłoo! Niech się dzieje wola nieba. 

Rura pragermańska
Rura wytrzymała. Przy pierwszym spuście powietrza do krystalicznej wody w studni trafiły całe zwały brązowej mazi, która latami gromadziła się w rurach. Radość ma była ogromna - oto problem zapewne został rozwiązany. Kontrolnie poczekałem, aż wypchnięta woda spłynie do mnie znowu pod własnym ciśnieniem i powtórzyłem operację ze trzy razy. 

Nic. Rura nasyczała tylko na mnie podle sporą ilością powietrza i wypluła z siebie wcale nie większą ilość wody, niż przed zabiegiem. Cóż - tyle dobrze, że mimo, że operacja się nie udała, pacjent przeżył. Nie bardzo uśmiecha mi się wymiana kilkuset metrów rury na nie swoim terenie. Opcja, którą biorę pod uwagę jest właściwie już tylko jedna. Własna studnia.

Studnie można wykopać lub wywiercić. Obie mają swoje wady i zalety. Kopana studnia, zabezpieczona kręgami, jest o wiele płytsza, a przez to tańsza. I to chyba jej jedyna zaleta - sięgniemy nią jedynie do pokładu wód gruntowych, które po pierwsze mają zmienne zwierciadło (studnia może po prostu wyschnąć), po drugie są dość wrażliwe na zanieczyszczenia z zewnątrz, bo nie są od powierzchni oddzielone warstwą nieprzepuszczalną. Na sąsiedniej łące wypasane są cały sezon krowy i wolałbym nie pić wody, która stamtąd spływa. Studnia wiercona sięga głębszych, z reguły niezanieczyszczonych pokładów. Jej wydajność zazwyczaj jest nieograniczona (przynajmniej na skalę gospodarstwa domowego). Kosztuje za to sporo. Opcja pierwsza, główne ze względu na zmienny poziom wód nie wchodzi raczej w grę. Trzeba wiercić.

Wiercenie studni to generalnie dość zawiła i trudno przewidywalna sprawa. Bo najpierw trzeba wiedzieć, gdzie wiercić. Większości wystarczy kiwnięcie różczką radiestety. Jako sceptyk metod paranaukowych i prawie - geolog (prawie, jak zwykle, robi dużą różnicę) wolałbym w inny sposób się upewnić, czy woda u nas jest - a jeśli tak - to gdzie.

Pozostaje sprawdzenie gruntu metodą elektrooporową (o dość małej skuteczności), odwierty próbne (droga sprawa), kontrola, na jakiej głębokości wodę mają sąsiedzi (nie mają, bo mają gruntowe), mapy hydrologiczne (nie ma, dokładność zerowa) lub... ryzyko. 

Ryzyko spore, bo za odwiert płaci się od metra. Stawki są zróżnicowane - na północy, gdzie wierci się w stosunkowo miękkich utworach są bez porównania niższe niż u nas. Ale i sprzęt inny - tani wiertacz spod Poznania nie wywierci studni w skale. Oczywiście nie ma pewności na jakiej głębokości wystąpi woda głębinowa. Zakładając stawkę 200 zł za metr odwiertu kwota na którą trzeba być przygotowanym jest dość zróżnicowana. Gdy mamy szczęście, studniarz dowierci się na 20 metrach (zapłacimy 4000 zł). Gdy nie, może być i 60 metrów (12 tys. zł). Zdaje się, że możliwości wiertnic są ograniczone głównie zasobnością portfela zlecającego wiercenie, więc w którymś momencie trzeba powiedzieć "stop", aby ze spuszczoną głową zapłacić za wywiercony, ale suchy otwór. Niektórzy są tak mili, że w przypadku braku rezultatu biorą tylko połowę kwoty. Duże firmy wiercą z gwarancją. Czyli płacimy więcej za metr, ale firma bierze na siebie ryzyko, że wody nie będzie (w razie czego nie zapłacimy nic). Gorzej, jak będzie na 100 metrach...

Oczywiście naszemu studniarzowi zapewne wcale nie zależy na tym, żeby znaleźć wodę jak najpłycej, a my nie mamy kontroli nad tym, czy ją już znalazł, czy nie. 

Cały interes jest więc, jak to z wodą, mocno płynny, bo nie mamy pojęcia ile będzie kosztować. Nie wie tego nikt i zapewne się nie dowie, póki nie zaczniemy wiercić. Optymistyczną wydaje się być zatem pogoda, bo w ciągu ostatniego miesiąca nie ma właściwie dnia bez opadów deszczu. Ostatnio nawet obfitych - ogłoszono pogotowie przeciwpowodziowe. Może więc wystawić wszystkie znajdujące się w domu wiadra - i czekać, czekać, czekać.

Albo... kąpać się w stawie, a pić tylko piwo.

15 komentarzy:

  1. skoro starożytni germanie prowadzili aqueduct z odległego ujęcia to zasoby wodne w pobliżu mogą być faktycznie głęboko... sprawa ciekawa dla mnie bo nie miałem dotychczas styczności z taką problematyką. Opisz jak już rozwiążesz problem. Będę oczekiwał finału afery wodnej. Tymczasem życzę powodzenia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Germanie prowadzili, bo nikt nie wiercił głębinowo tylko brali z podskórnych i chcieli mieć grawitacyjnie (bez popompy), więc musiał być spadek (a bliżej nie ma).

      Usuń
  2. Twarde fakty są takie, że porażająca, statystyczna większość korzysta z radiestety.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Statystycznie połowa nie myje też nóg, a ja mimo wszystko wymykam się tej statystyce. Dopóki jest to kwestia wiary, nie podejmuję tematu.

      Usuń
  3. Rozumiem, że spółka z jakimś sąsiadem raczej nie wchodzi w grę?
    A może, skoro gmina umywa ręce, jakaś refundacja, jak w przypadku oczyszczalni przydomowych? Jak już, to grosze ale zawsze na dwa, trzy metru wystarczy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sąsiada nie ma, przyjedziesz to zrozumiesz. Gmina... hmmm. No ja w nią nie wierzę (z całym szacunkiem oczywiście).

      Usuń
  4. Obchodzę wszystkie sudeckie blogi i zerkam, czy kogoś nie zalało. Nam to nie grozi, bo mamy cudne pod tym względem położenie. Sytuacja przypomina mi biblijny potop, bo rzeczywiście od miesiąca leje. Jak poleje 40 dni i nas nie zatopi, będę się chwalić, że zdobyliśmy sprawnośc Noego :-)
    Co do Twoich kłopotów. Mamy podobne. Korzystamy ze studni mającej 4 metry. Jest to woda podskórna, ale zasilana ze źródła wypływającego z masywu Czuby. Po drodze same łąki, żadnych krów. Woda na razie idealna, badamy regularnie, ale wiadomo, że to sprawa śliska. Idealna może byc do czasu. Na głębionową studnię mnie nie stać, a zdanie o radiestetach mamy podobne do Twojego :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Położenie bezpowodziowe to był nasz priorytet podczas szukania domu i zalanie jest praktycznie niemożliwe (nie mówię o mokrej piwnicy, bo to inna bajka).

      Usuń
  5. U nas w Polsce centralnej - piachy.Sami pogłębialismy płytką studnię wiercąc ręcznie domowym wynalazkiem.Na efekty poczekamy, bo na razie woda równo z gruntem za to o upojnym zapachu borowiny.

    OdpowiedzUsuń
  6. Mieliśmy problem z wodą. Płynęła sobie staruśką rurą ze "studni" zalożonej na strumyku. Przy takiej pogodzie jak obecna z kranów płynął nam muł. Po kilku latach zdecydowalismy - dość. Przyjechało paru panów z różdżką - kazdy pokazywał nieco inne miejsce. A mieszkamy w Borowicach - same skały. Od znajomego dostaliśmy numer do firmy z Dusznik. Przyjechał Czech (!) też z różdżką. Powiedział - tu będę wiercił, czy jakoś tak bardziej po czesku. Nazajutrz przyjechał wiertnią i tam gdzie pokazał, tam wiercił. Acha, powiedział na jakie głębokości będzie woda (30m). I woda była - JUŻ NA 20 METRZE! No i gdyby wody nie było- nie zapłacilibyśmy nic. Wodę mamy kryształową...

    OdpowiedzUsuń
  7. To właściwie dlaczego ta woda nie leci?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Winna jest pragermańska rura, bo ma pewnie siedmdziesiąt miliardów lat.

      Usuń
    2. może być i za przyczyną księżniczki zaklętej w żabę, która była sobie lokum zajęła pod źródlanym kamieniem. Wiem gdyż mądrą książkę kiedyś czytałem w temacie.

      Usuń
  8. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
  9. co ta u Ciebie? zalało Cię?:)

    OdpowiedzUsuń