10 listopada 2014

Zakupy różne


Dopieliśmy zakup ziemi. Nasze gospodarstwo powiększyło się o pół hektara. Mało? Może i mało, ale jak ktoś tłamsił się na dwudziestu arach, to mu pół hektara gigantyczną przestrzenią się wydaje. Owe pół hektara zawiera pozostałą częśc stawu (dotychczas mieliśmy formalnie tylko połowę), sporo łąki (koniactwo się ucieszy, że wreszcie na swoim będzie się pasło), fajne bagno i lasek. Lasek to w zasadzie osiem drzew, no ale niech będzie, że lasek. 


A zakupem w ogóle to było tak: udało mi się przekonać sąsiada (trzy lata to trwało), żeby sprzedał nieżytkowane bagno za naszym domem. Z taki kawałkiem łąki dookoła jeszcze, żeby działka jakiś kształt miała sensowny. Problem w tym, że bagno było częścią kilkuhektarowej działki. A ja, nie mając świadomości na co się decyduję, obiecałem, że załatwie podział i sprawę sprzedaży. 

Najpierw trzeba było znaleźć więc geodetów chętnych do takiej roboty. Wbrew pozorom wydzielenie pół hektara ziemi rolnej może kosztowac od półtorej do siedmiu tysięcy złotych - taka była bowiem rozpiętośc ofert. Ponieważ zależało mi na czasie (o, naiwności!) przystąpiłem czym prędzej do działania.

Wiecie ile trwają formalności związane z wydzieleniem działki rolnej i przygotowaniem dokumentacji do notariusza? Trzy miesiące. Trzy miesiące i ani dnia krócej. Ponoć i tak powinienem być szczęśliwy, że tylko tyle. Bo w geodezji mają teraz nowy system, który miał ponoć ułatwiać życie. Komputer mają. 


W każdym razie najpierw geodeci wydzierają z urzędu dane archiwalne. To znaczy - jak było. I to już jest miesiąc, jak dobrze pójdzie. Potem przyjeżdżają i dzielą. Pokazują jak będzie. Wbijają słupki. Potem ten podział zawożą tam, skąd go wzieli. I znowu miesiąc leci. A potem to już tylko wypisy, wyrysy, zaświadczenia, oświadczenia i protokoły i już można do notariusza. 

Nasza nowa działeczka z jednej strony nie ma naturalnej granicy. Ot, wydzielona łąka z innej łąki. Jak wróciłem, od notariusza, to słupki piaskowcowe wbiłem.  W miejsce drewnianych kołeczków, które łatwo zabrać, zaorać, przestawić, zakopać albo wysadzić. Skała jest, co jej nic nie ruszy. Żeby nikomu się nie pomysliło i żeby nikt nie zapomniał. 

Kamień ponoć wieczny jest.


Z innej bajki, choć też rolniczej: pojechałem w odległości niewielkiej w zupełnie w innej sprawie, ale przywiozłem na przyczepie wóz konny. Wóz jest stary (ale nie taki stary, jakby się wydawało) i w miarę kompletny. Drewniane elementy są do wymiany (choć nie wszystkie), ale okucia, włącznie z hamulcem ma kompletne. 





Będzie zabawa na długie, jesienne... eee... no, letnie wieczory. Bo jesienne wieczory sa mroczne, ciemne i paskudne. I nic nie widać. I pada i w ogóle niemiło jest, żeby coś takiego robić. 

Ostatnim rzutem przed zimą udało się otynkować wstępnie szachulec (wreszcie jest przepisowo biały) i zrobić za domem murek. Przez zimę będziemy tam ładować obornik i przekopiemy z ziemią z kompostu, a na wiosnę posadzimy maliny. Taki jest plan. Byle do wiosny!





2 komentarze: