26 grudnia 2014

Czekanie

Ostatnim rzutem przed nadejściem śniegu i mrozu udało się zbudować nową wiatę dla koni i większy padok. Praca przy silnym i porywistym wietrze była oczywiście nadzwyczaj przyjemna, ale otuchy dodawała potencjalna możliwość obniżenia się temperatury o 10 stopni. Wszak grudzień mamy. To początek zagospodarowania nabytej po sąsiedzku działki. Wiata i padok będą częścią stałego wybiegu, podobnie jak obecnie ogrodzona łąka. Resztę ogrodzę dopiero wiosną. 
Póki co prace zewnętrzne wstrzymały niekorzystne warunki gospodarowania i czekamy na poprawę pogody. Można w zasadzie tu coś przykręcić, tam gwoździa przybić, tu sprzątnąć a tam wyrównać, no ale to wszystko takie podpieranie kołkiem tylko otaczającej rzeczywistości, łatanie jej, żeby się nie zawaliło, nie spadło, nie popłynęło i nie czekało do wiosny.


A więc czekamy. Nie tylko my czekamy. Wszystko i wszyscy dookoła czekają. Na przykład: konie czekają, aż nadejdzie wiosna i będzie można spokojnie paść się na łące, zamiast snuć się po niej trochę bez celu (takie to przynajmniej sprawia wrażenie z zewnątrz, bo w końskiej głowie pewnie sprawy inaczej się mają). To takie duże czekanie, bo z małych czekań, to na marchewkę ciągle czekają. Na siano nie czekają, bo mają cały czas. Traktor czeka na mnie, a ja czekam na pogodę, żeby zrobić mu wreszcie do końca kabelki i prądy. Czeka też na wiatę, ale tą zimę przestoi na zewnątrz. Nie doczeka się. Sąsiad czeka na dopłaty, bo tylko górskie wpłyneli a reszty niet. Sikory czekają, aż im się nasypie ziarna. Koty czekają, aż napalę im w piecu i grzejniki będą ciepłe. Można leżeć, wygrzewać się i czekać. I na sikory czekają, podstępne bestie. Aż skończy się ich czekanie i przylecą do ziarna. Niedoczekanie. Saba czeka na spacerek. I na śnieg czeka, więcej śniegu, można go jeść, można się w nim tarzać, można w nim pływać. Ale póki co nie można, bo za mało, więc czeka.

Nowa wiata czeka na nowe konie. Koniki polskie. Staw czeka, aż zamarznie, jak na wyrok. Straszne to, tak czekać na wyrok. Zresztą nie tylko staw: węgiel też przecież czeka na wyrok, przez spalenie. Nie będzie to miłe. 

A ja czekam (nie tam, żeby z założonymi rękami) na kwiecień. I na maj. I na czerwiec. Na lipiec to już trochę mniej czekam, bo potem już jesień i zima znowu. I znowu czekanie. W każdym razie za sobą mamy powoli te paskudne, ciemne i najkrótsze dni i nowe idzie. Nowe nie znaczy lepsze, jak to mówi Z., ale cóż - poczekamy, zobaczymy.

Poczekamy.








4 komentarze:

  1. mimo wszystko, to poezja, nie czekanie

    OdpowiedzUsuń
  2. Ładnie u Ciebie :). Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  3. Warto czekać.
    Czekanie może być sztuką i bywa nieraz ciekawsze od spełnienia :)
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo tam u Was ładnie. Lubię takie czekanie. Wszystkiego dobrego!

    OdpowiedzUsuń