12 lutego 2015

Dzieci

Dzieci przychodzą jakieś do koni. Widziałem z daleka ze dwa razy, ale jak się zbliżam, to uciekają. I widzę często ślady na śniegu. Nie wiem co to za dzieci, ale mam swoje podejrzenia. Nie tam, żebym miał coś do dzieci. Tylko te dzieci przechodzą przez płot. Konie, jak konie, zainteresowane wszystkim, co się rusza. Koń jest taki, jak każdy widzi i nie gwaranuję, że dzieci nie kopnie, tym bardziej, że bronić się umie. A jak już kopnie, to, odpukać, może skończyć się to źle. Niestety, nie dociera, a ja nie wystawię na każdym rogu pastwiska uzbrojonych posterunków.

Dzieci oczywiście chcą koniki nakarmić (biedne, głodne). A czym się karmi konika? No jak, czym, chlebem i cukrem, każde wiejskie dziecko, z dostępem do internetu, o tym wie.

Rozmawiałem kiedyś z rodzicami (chyba). Mówiłem, że fajne koniki, że OK, że wiadomo. Że przyjść. Powiedzieć. Pokażemy. Razem, bezpiecznie. Ale oni mówili, że nie oni, że nie ich, że gdzie tam, że absolutnie.

I co zrobić z nimi takimi? 

12 komentarzy:

  1. Tak to jest na tych naszych wsiach, ee tam, może lepiej nie, a co ludzie powiedzą :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Może, na ten przykład, zbliżyć się szybciej, albo wyskoczyć zza pleców i wtedy... pogadanka?

    Ewentualnie płot pod napięciem, zasieki, okrągłe znaki z przekreślonymi na czerwono sylwetkami berbeci, obrzucanie inwektywami i wygrażanie pięścią. (Może lepsze to, niż mieć takich kopniętych gagatków na sumieniu.)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do tego wszystkiego trzeba jeszcze przebrać konie za krokodyle.

      Usuń
    2. No ba, krokodyle to podstawa!

      Usuń
  3. Cieszyć się. To już ostatnie takie dzieci. Dzikie dzieci, co na dwór wychodzą, po okolicy się włóczą, przez płoty przełażą, konie obce zaczepiają. Te dzieci to nadzieja, że świat może jednak przetrwa. Nic im nie będzie. Lepiej niech karmią Twoje konie cukrem, niż by miały całymi dniami przed ekranem strzelać do zombie. Albo do Niemców.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z punktu widzenia koni (jak i mojego) lepiej, żeby siedziały w domu.

      Usuń
    2. Ja też bym się cieszył na taką okoliczność, że są dzieci które się garną do koni. Marta ma rację, to trzeba pielęgnować i pozwolić im aby były przy koniakach, ciesz się Kolego bo wolą Twoje konie od tych różowych kucyków z Barbie World.

      Usuń
    3. Pozwalać to może nie, bo w razie czego będzie na Ciebie. Najlepiej oficjalnie gonić (dodatkowa adrenalina), a nieoficjalnie przymykać oko, też byliśmy takimi dziećmi.

      Usuń
    4. A doświadczenie moje mówi, że im więcej zakazów, pułapek i zasieków pod prądem, tym większa pokusa :-)

      Usuń
    5. Marto, tylko że kiedyś jak polazło się do sąsiada i się narobiło u niego bigosu, to raz się dostało po uszach od sąsiada, a drugi raz od rodziców (metaforycznie, bo nigdy nie zostałam uderzona). Teraz pewnie takiego sąsiada ścigano by z urzędu za narażenie dziecka na utratę zdrowia i życia. Więc człowiek dmucha na zimne.

      Usuń
  4. Dobre pytanie. Mi też do psa wrzucają resztki obiadu przez płot bo taki ładny i tak prosi.

    OdpowiedzUsuń
  5. Mój znajomy ma piękny ponadhektarowy sad i zlości się, że dzieci nie podkradają mu owoców. Chętnie by się nimi dzielił przy każdej okazji, przecież tego wszystkiego przejeśc się nie da. Jak widać zakazany owoc działa w obydwie strony. Podoba mi się tutaj. Może dlatego, że my właśnie jesteśmy na etapie poszukiwania swojego wymarzonego miejsca.

    OdpowiedzUsuń