5 kwietnia 2015

A było tak pięknie...

Niby wiosna. Była.

Tak było


Tak jest
Po kilku dniach ciepłych, wręcz zbyt ciepłych jak na pierwszy wiosenny miesiąc, przyszła pora na paskudny wiatr i śnieg z deszczem. Wiatr to zresztą słowo kluczowe, bo wiało ostatnio całkiem nieźle. Nie widziałem tu jeszcze takiego wiatru, podobnie, jak nie widziałem tu tak paskudnego początku wiosny. No, ale co ja widziałem - to dopiero nasza czwarta wiosna w tym miejscu.

Tak w ogóle, to nawałnica przyszła dość nagle. Owszem, wiało trochę wcześniej, kilka dni w zasadzie wiało, ale dało się z tym żyć. Przy dość znośnej (przynajmniej słonecznej) pogodzie wybraliśmy się z Sabą na spacer w okolice Górnego Stawu (tak nazywamy wygrzebane koparką rok temu bajoro dla krów na łące, o powierzchni większej kałuży). Czarne chmury na horyzoncie zwiastowały coś złego, ale nie spodziewałem się, że katastrofa nadejdzie tak szybko. Dość leniwie skierowaliśmy się w stronę domu. Po drodze musimy przejść przez niewielki lasek i to właśnie tam dopadło nas pierwsze uderzenie. Kilka drzew poleciało dookoła, a ja nie pamiętam, żebym tak szybko pokonał ten odcinek. Wokół domu już latały plandeki okrywające słomę (swoją drogą - po co mi ta słoma?). Powiało, pohuczało - walnęło, pierdyknęło - i koniec. Słońce piękne.

Oczywiście, żeby nie było zbyt pięknie, wietrzyk powracał średnio co piętnaście minut. Za trzecim razem wyłączył prąd, a za czwartym wybiło szybę na dachu. Pogodowa biegunka trwa w zasadzie do tej chwili z tym, że mniej więcej dwa dni temu ktoś wyłączył wiatr. Więc co chwilę mamy śnieg z gradem albo majowe słoneczko. Kwiecień - plecień.


Wokół domu straty stosunkowo niewielkie - wybite okienko (wyłaz dachowy) - na własne życzenie, bo nie był dobrze zabezpieczony, naderwana papa nad warsztatem... Niech tylko się ociepli, to przystąpimy do likwidacji szkód. 

W lesie naprzeciwko połamało za to sporo świerków. Zresztą to nic nowego, bo odkąd wycięto bukowy starodrzew oddzielający świerki od łąki leci średnio coś co miesiąc.  Jak na złość buki leżą tylko dwa, więc nici z wielkich planów zaopatrzenia się w opał pod samym domem. 


Mimo paskudnej pogody wiosny oszukać się nie da - sezon na śnieżyce w pełni. Tu i tam już się trochę nawet coś zieleni, choć zanim prawdziwe zielone do nas dojdzie, trzeba będzie pewnie ze dwa tygodnie poczekać. 

Na padoku było już ślicznie i suchutko. Mamy znowu bagno. Może nie po kolana, jak przy roztopach, ale dobrze za kostkę. 

Łąki przebronowane i przygotowane, ale wegetacja mocno przyhamowała a sezon pastwiskowy, który miałem nadzieję zacząć za jakieś dwa tygodnie, oddalił się w przyszłość bliżej nieokresloną.  Na przyczepkę wchodzi czterdzieści wiązek siana. Wystarcza gdzieś na dwa tygodnie. Siano niknie w oczach. Albo raczej w końskich pyskach, wychodząc z tyłu, w postaci lekko przetworzonej. 

Na łące, na której konie przetrwały zimę mało co zostało. Sezon wegetacyjny właśnie się rozpoczyna, więc wypadałoby dać odetchnąć staremu pastwisku i przenieść kobyły na nowe. Póki co ogrodziłem pierwszy, mały kawałek i próbnie otorzyłem bramę. Długo nie trwało a pojawili się zainteresowani.

Była to oczywiście próba mikrofonu - po rozpoznaniu terenu bojem koniactwo powróciło na stare śmieci. W przyszły weekend będzie wielkie pranie i sprzątanie, odrobaczanie - wtedy pożegnamy się ze starą łąką przynajmniej do lipca.



Piru
Koń nudzący się to koń kombinujący: co by tu zepsuć, jakby tu nawiać, co by tu skubnąć. Więc wymyśliłem szkolenia. Zacząłem od Dylanki. Nie ukrywam, że to trochę dlatego, że Dylanka jest szefem naszego stadka i dzięki temu jest najłatwiej. Bo gdybym zaczął nagradzać Piruetkę czy Malinę, Dylanka zapewne łatwo by nie odpuściła i uparcie przeszkadzała.

Robimy dwie sesje dziennie, po 15-20 minut. O 6.30 rano i 19, przed sianem. Najpierw wszystkie kobyły dostają po marchewce. Potem zakładamy Dylance kantar i ćwiczymy z klikerem. To metoda wzmacniania pozytywnego, stosowana u nas głównie dla psów. Ale klikerem można wyuczyć wszystkiego nawet kurę (więc, nie ukrywajmy, "klikalność" koni nie jest dowodem na ich wybitną inteligencję). O klikerze tradycyjni koniarze (tak, kocham to słowo) z forów internetowych wypowiadają się raczej dość sceptycznie, ale nauczyłem się nie słuchać koniarzy i nie czerpać swej wiedzy z owych forów.

W dużym skrócie: kliker to małe, plastikowe pudełeczko, które po naciśnięciu znajdującej się w nim metalowej blaszki wydaje dźwięk. Dość charakterystyczny. Najpierw wciskamy naszej ofierze marchewkę w pysk i naciskamy przycisk. Za piątym, dziesiątym bądź setnym razem koń skojarzy kliknięcie z czymś fajnym. To znaczy, z marchewką. Dylance wystarczyło z dziesięc razy. Oczywiście, marchewkę dajemy nie w całości, tylko w małych plasterkach (uwaga na palce, łatwo je stracić). Jak już kobyła zrozumie, że klinięcie oznacza że jest ok, fajnie, miło i przyjemnie, czyli jednym słowem - że jest to nagroda - to możemy przejść do ćwiczeń. 

Na przykład: Dylanka miała spory problem z dawaniem nóg do czyszczenia. Problem polegał na tym, że przy próbie podnoszenia nogi kopała, gryzła i sie kładła. Ot, nic specjalnego. Najpierw klikaliśmy w momencie dotykania nogi. Noga - koń spokojny - klik! - marchewa. Potem, gdy je lekko uniosła. Jeszcze później, gdy potrzymała kopyto w górze przez kilka sekund. Po tygodniu zabawy koń najchętniej na słowo "kopyto" stałby na trzech nogach i czekał na marchewkę. 

W internecie jest sporo materiałów (choć może nie w przypadku koni), więc zainteresowanych odsyłam tamże. 

Oczywiście, wszystko piękne i proste nie jest i czasem mały błąd powoduje problem. Trzeba wyczuć, co sobie kobyła myśli, a nie działać ludzkimi schematami. Po kopytach, dotykaniu i chodzeniu za palcatem pomyślałem, żeby nauczyć Dylankę przynosić piłkę. Tak przynajmniej wymyśliłem. Piłki końskiej profesionalnej nie mamy (bo kosztuje, podobnie jak inne końskie gadżety, okrutne pieniądze). Saba zgodziła się pożyczyć swoją (kosztowało mnie to trochę chrupek). Dylan od razu była zainteresowana piłką. Szybko nauczyła się jej dotykać nosem (w końcu za to jest marchewka). Nauczyła się nawet ją kopać (może nie do końca w moją stronę). Tyle, że potem przyszedł kryzys. Coś poszło nie tak, bo Dylanka najwyraźniej zrozumiała, że to piłka daje marchewki, nie ja, i zaczęła jej uparcie bronić. Odwracała się zadem i tylko mój wspaniały refleks szachisty sprawił, że nie oberwałem kopytem. Widać moje doświadczenie szkoleniowca jest jeszcze zbyt małe, więc piłka poszła w odstawkę i ćwiczymy prostsze rzeczy.

Za oknem. Odpoczywamy.
Z przeciwnej perspektywy
Paskudna pogoda ma jednak swoje zalety. Pozostało więcej czasu na przygotowania do wiosny. Robimy (ehh, kolejny...) remont traktora. Wywaliłem starą skrzynię z Opla Olympii (a może Blitza?) i zakładam od Żuka. Wymagało to wytoczenia flanszy pod koło zamachowe (polecamy tokarzy z Podgórzyna) i przeróbki ramy. Z tym drugim jeszcze się nie uporałem, więc traktor stoi smutny i opuszczony w warsztacie. Ma za to nowiusieńką instalację elektryczną, więc może nie wpadnie zupełnie w depresję. 




Jeszcze tydzień, dwa... i zrobi się na dobre zielono. Maj zleci szybko, a czerwiec to już lato. Pod koniec dni znowu zaczną robić się coraz krótsze. Lipiec to już schyłek, a sierpień to w zasadzie jesień. A jesień, to oczekiwanie na najgorsze i oszukiwanie samego siebie, że jest fajnie...

10 komentarzy:

  1. Ooo, jakie pozytywne zakończenie.. Nic tylko się powiesić. :-D
    Chociaż, z drugiej strony, życie i tak skończy się śmiercią, więc po co wykonywać jakieś zbędne czynności...
    A poważnie, tę elektrykę do ciągnika ktoś Ci robił? Czy sam?
    Pozdrawiam wielkanocnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sam robił. Nawet działa. To znaczy działała, póki nie rozebrałem całej reszty. Ale złożę...

      Usuń
  2. No nie mogę, brat konie klika. Chcesz parę książek? O psach one są głównie, ale zasada jest ta sama.

    OdpowiedzUsuń
  3. pogoda na klika się nie zaprogramuje? (pogoda nie, ale może płanetnicy?)
    wietrzysko okrutne->klik=ciepełko&słońce;
    śnieżyca paskudna->klik=>ciepełko&słońce;
    deszcz wredniutki->klik=>ciepełko&słońce;
    słońce bladziutkie->klik=>ciepełko&słońce;
    ...

    OdpowiedzUsuń
  4. Aaaaaa, ale marudy (Przemek plus Śledzibowcy). Na ten bal zaprosili nas tylko raz , więc balujmy i nie narzekajmy na cos na co nie mamy wpływu :). Pogoda jest przepiekna , zmienna wiosenna. A u Przemka jest wspaniale (uwielbiam wiatr) - "ranczo dzikich koni". Pozdrawiam :) Ps. już za kilka dni 20 stopni :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 20 stopni? No właśnie. A potem zaraz czerwiec, dni coraz krótsze...

      Usuń
    2. Przemek !!! Stop marudzenia . Jest dobrze :) . Pozdrawiam i mam nadzieje do zobaczenia :)

      Usuń
  5. Czyli że jesień blisko?
    Dzisiaj jestem skłonna się z Tobą zgodzić. Brrr... ;(

    OdpowiedzUsuń