11 listopada 2015

Niby nic...

... a coś się jednak dzieje. Minęło lato (kiedy?!), mija jesień. Kto wie, może zamieni się w taką jak rok temu, długotrwałą, ciągłą burość aż do marca. Może to i dobrze, bo zima to moja najbardziej znienawidzona pora roku.

Było tak:







Gorąco było. Wściekle gorąco. Lato było piękne tego roku, piękne jak cholera. Sucho było. Staw wysechł prawie. Rolniku to zawsze pod górkę. Tak mówili kuzyni, którzy w dzieciństwie przyjeżdżali do nas dorabiać na plantacji malin dziadka,  parodiując przy tym wiejski akcent zza Buga:

Rano rosa
W południe słońce gorące
A na wieczór
Komary kąsające

Potem zrobiło się tak:




Szczerze mówiąc, nawet nie do końca zarejestrowałem piękna jesieni, tyle biegania było, że nie pamiętam, żebym w domu coś konstruktywnego zrobił. Pamiętam, że konie nagle (!) porosły zimową sierścią. To znaczy nie tak, że rano wstałem - a tu kożuchy. Ale stało się to stosunkowo szybko. Wiedziały najwyraźniej.

No a teraz to jest tak:






Powiecie: pogoda się zesrała. Zimno, pada i ponuro, wszystko more, lepkie i nieprzyjemne. Ja powiem: przynajmniej nie jest gorąco. A deszcz jest potrzebny. Nie ma tego złego. Tak, czasem próbuję wykrzesać w sobie jakieś resztki optymizmu, choć sam w nie nie wierzę.

I nie mówcie mi, do cholery, o długich, zimowych wieczorach przy kominku. Kominek w niewykończonej i zagraconej stajni dalej stoi niepodłączony, jak stał rok temu. 

* * *

Siano zgniło. Tak, tak, udało się nam ta sztuka mimo, że przy absolutnej suszy tego lata wydawało się to niemożliwe.

Nie pytajcie mnie dlaczego - najwyraźniej było jeszcze mokre zebrane. Choć wszyscy mówili: zbieraj, zbieraj, na co czekasz, na deszcz? Suche jak pieprz jest! No nie było najwyraźniej. Zwłaszcza to z górnej łąki. Zgniło od środka, zrobiło się paskudne, brudne i śmierdzące. Pierwsze sianokosy uznajemy więc oficjalnie za nieudane, wyciągamy wnioski i... szukamy siana. Taaa, wiem, że późno, wiem, że drogo, wiem, że było wcześniej myśleć. Ale do rozwiązania sytuację mam tu i teraz. 

Smutne to, bo w czerwcu sporo siły i energii poświęciłem, żeby siano zgromadzic. Człowiek uczy się całe życie. 

Żeby to nowe, ładne i pachnące nie miało okazji zgnić (zakładam bowiem, że kupię suche) - rozpoczęliśmy inwestycję pod tytułem szopa na siano. Miało być pięknie, a wyszło jak zwykle - wszystko się lekko w czasie przesunęło i zastała mnie choroba, jesienna szaruga, deszcz i wiatr w porywach do 90 km/h (podobno). 

,

Poczekamy - zobaczymy, byle na dach coś wrzucić i będzie dobrze, bo deskować to i zimą można. Szopa ma być sprytna, bo w środku będzie miała zintegrowany paśnik, co ma wyeliminować straty w sianie do zera. Przynajmniej w teorii. Oprócz sianiarni powstaje koniarnia, czyli szopa na różne końskie gadżety. A może i kury się tam zmieszczą? 

* * * 

Z końmi, jak z końmi. Raz lepiej, raz gorzej. 

Przypominijmy historię Benka: pod koniec kwietnia doznał urazu tylnej nogi. Dwie diagnozy na miejscu: zerwane więzadło. Jedziemy na operację. Tam okazuje się, że to tylko naderwany mięsień strzałkowy. Koń ma stać - naprawi się. Może w miesiąc, może w dwa. Przy okazji kastracja. Przyda się, bo gdyby kózka nie skakała, to by nóżki nie złamała... Benek stoi już ponad sześć miesięcy w swoim szpitaliku z wybiegiem i wybaczcie, ale ja znaczącej poprawy nie widzę. Mimo, że kolejni weterynarze uspokajają, że tak ma być i że będzie dobrze. Nie wiem trochę co dalej, jakby ślepa uliczka.

Paradoksalnie Benek, który ma najmniej ruchu ma najładniejsze kopyta z całego towarzystwa. Zagadka.

* * * 
Pojawił się Tymczas. Tymczas jest dla odmiany kotem. 


To znaczy, to nie było tak, że się pojawił. Wzięliśmy go do domu tymczasowego, bo nikt go nie chciał, tak trochę. No i został. Ma ponoć ze 13 tygodni i jest kotem szalonym. No ale w tym wieku to chyba większość jest. Starsze koty dość ostentacyjnie go ignorują i udają, że go nie ma. Trudno to zrobić, jeśli to małe coś siedzi akurat na głowie, biega i skacze po firankach.

* * *

Co jeszcze fajnego? Z drobnostek: rozwaliłem gdzieś klosz lampy przyczepy. Nie wiem gdzie, nie wiem kiedy. Po prostu w kloszu lampy zrobiła się dziura. Z dziurą jeździć nie można, więc udałem się tam, gdzie przyczepę swego czasu zanabyłem: najbliższy mi market budowlany w okolicy (tak, wiem, że był to błąd) w celu zakupu owego plastiku, w którym dziura powstała. 

Pan stwierdził, że oni plastików do lamp nie mają. Że w ogóle lamp nie mają. I żeby udać się do producenta. Nie zgadniecie, ale producent nie posiada takich lamp. Co pozostało? Założenie dwóch nowych. Sklepy rolnicze są jednak niezastąpione, bo oferują te cuda w cenie 15 zł. Zostało mi jeszcze przeciwmgielne, w które nowe światełka nie są wyposażone, ale powiedzmy, że liczę na to, że tak szybko mnie nikt nie złapie.


W najbliższym mi markecie budowlanym w ogóle bywa śmiesznie. Na przykład: teoretycznie zwracają różnice w cenie, jeśli znajdziesz ten sam produkt taniej. I tak - wkręty po 28 zł / kg  (zbrodnia) kupowałem regularnie po 16 zł, bo w markecie tej samej sieci w Zgorzelcu są właśnie w tej cenie. Pan kręcił nosem, procedura była długa i skomplikowana. Bo trzeba sprawdzić w systemie, bo kierownik musi podpisać. A pani na kasie w te kwity nie wierzy, więc albo woła znów tego kierownika, albo porównuje skrupulatnie jego podpis ze swoimi wzornikami, kręcąc głową z niedowierzaniem.

Ostatnio dobre się skończyło. Pojechałem po wkręty. Do 30 kilometrów zwracamy. Dalej nie. A Zgorzelec dalej jest. Nowa polityka firmy

Oczywiście, że w promieniu 30 km od najbliższego mi marketu budowlanego są też inne miejsca, w których można kupić wkręty, niewątpliwie taniej. Ale pan uznał, że to moga być przeciez inne, a oni zwracają różnice jeśli znajdę ten sam produkt. Zabawne. 

Po prawdzie, jeżdżę tam dlatego, że to jedyne miejsce, w którym po godzinie 18 (a czasem i 20) można coś kupić. Nie są tańsi, nie są lepsi, nie są milsi. Wręcz przeciwnie. Od marca w Jeleniej Górze najbliższemu mi marketowi budowlanemu wyrasta konkurencja. Nie wiem czy nie równie podła - ale - ponoc konkurencja czasem czyni cuda. Może będą mieli wkręty po 16 zł. 

Zobaczymy.

1 komentarz: